Kamczatka

Artykuł z Nowego Światu
Fragmenty pamiętnika Wojtka

Tu–154 nie jest szczytowym osiągnięciem radzieckiej myśli lotniczej. Po jedenastu godzinach lotu wszyscy są już zmęczeni.

(02.08. Dzień w samolocie. Odlot wieczorem, pół doby lotu i 9 godzin różnicy czasu, wiec przylot też pod wieczór. Pierwsze międzylądowanie w Nojabrsku. Zabawne miejsce: totalne zadupie wśród bezkresnych bagien – i lotnisko. Drugą przerwę mamy w Jakucku).

Nagle jeden z Łotyszy krzyczy, że nadlatujemy nad Kamczatkę. W ludzi wstępuje nowy duch. Krótka przepychanka przy iluminatorach – każdy chce wyjrzeć – i jęk zawodu. Pod nami widać tylko gęsta białą pianę chmur. Przed wyjazdem straszono nas, że nad Kamczatką nigdy nie świeci słońce. Czyżby miało się to okazać prawdą? Po twarzach widzę, że resztę grupy trawią podobne wątpliwości. Mija parę minut, przelecieliśmy już prawie nad całym półwyspem, gdy nagle chmury rozstępują się.

KRÓLEWSKIE POWITANIE I ATAK KRWIOPIJCÓW

Otoczone pasmami gór z jednej strony i oceanem z drugiej strzelają w niebo lodowymi czapami wulkany Koriacki i Awaczyński. Pilot zatacza koło ukazując je nam ze wszystkich stron. Lądujemy na pasie startowym obok rzędów “Migów" i bojowych śmigłowców. Gdy stoimy na skraju lotniska czekając na bagaż, zachodzące słońce barwi na czerwono szczyty Koriaka i Awaczyńskiej. Zaiste Kamczatka przywitała nas po królewsku.

Pierwszy dzień przyniósł próbkę tego, co czekało na nas w czasie trzytygodniowego pobytu. Obóz rozbiliśmy w pięknej zielonej dolinie. Gdy tylko słońce rozpędziło biały tuman mgły, okazało się, że dolina jest otoczona z jednej strony górami przypominającymi Bieszczady, z drugiej czymś w stylu naszych Tatr Zachodnich. Decydujemy się. W ramach rozgrzewki pochodzimy trochę po tych drugich. Pełni zapału ruszamy z obozu. Szybko jednak entuzjazm zaczyna się ulatniać. Przeprawiamy się przez coraz to nowe lodowate strumienie, wały niesamowitej kosówki, istną dżunglę krzewów i drzew oraz zdradliwe bagna.

Prawdziwą jednak plaga okazują się chmary krwiożerczych komarów, gryzące każdy nieosłonięty kawałek ciała. Po paru minutach jesteśmy na krawędzi szaleństwa. Polski żel na komary okazuje się zupełnie nieskuteczny, a zabijanie dziesiątków owadów me odstrasza pozostałych. Maciek nie wytrzymuje nerwowo. Pomimo upału zakłada spodnie i kurtkę z grubego ortalionu, a na głowę zaciąga kaptur.

Docieramy do podnóża góry. Tu jednak czeka nas przykra niespodzianka – mamy jeszcze 1000 m podejścia w pionie. Idziemy po lodowcu, co nie wydaje się robić na prześladujących nas komarach najmniejszego wrażenia. Na szczycie kompletnie skonani spotykamy grupę świeżych i wesołych turystów radzieckich, którzy weszli tu w kaloszach. To dopełnia obrazu naszej klęski. Z trudem jemy rzodkiewki, którymi nas częstują i poprzez zieloną dzicz wracamy do obozu. Po 16 godzinach od wyjścia prawie nieżywi kończymy nasz spacerek.

(03.08. Pierwsza wycieczka – na bałuchę w bieszczadzkim stylu. Krajobrazy czarnohorsko–gorgańskie, tylko na horyzoncie ni z tego, ni z owego sterczą ośnieżone wulkany. Inna jest też roślinność – oprócz mniej więcej zwyczajnej kosówki, wszędzie rośnie karłowata olcha i rododendrony. Od komarów można dostać szału).

GÓRA GÓR

(04.08. Do Kluczy ruszamy autobusem marki Ural. Potężna maszyna. W Milkowie postój na obiad, potem kąpiel w błotnistym basenie z ciepłą wodą (gorące źródło?). Dojeżdżamy nad Kamczatkę (rzekę), gdzie 2 godziny czekamy na prom. Na drugim brzegu z chmur wyłania się piękny stożek Tołbaczika, cały w śniegu. Ten cały prom to proste ustrojstwo: platforma dla samochodów z przywiązanym holownikiem. Nic to, grunt, że działa. Przepływamy i dojeżdżamy do Kluczy. Na całej trasie jak z Warszawy do Szczecina minęliśmy może ze 20 samochodów (z tego większość przy przeprawie) i 95% czasu jechaliśmy lasem. Nocujemy na łączce obok wyciągniętego na brzeg statku “Kola Żarinow”).

Następnego dnia wyruszamy pod Kluczewską Sopkę (4750 m), najwyższe wzniesienie Kamczatki, a jednocześnie najwyższy czynny wulkan Eurazji.

(05.08. Wędzony łosoś na śniadanie! A poza tym prawie cały dzień w Kluczach. Nudy. Dopiero koło 16.00 przyjeżdża “nasz” ural z Cyborgiem za kierownicą i ruszamy do bazy sejsmologicznej pod Kluczewską. Trzy i pół godziny jazdy po bezdrożach, trochę buraczenia i niewiarygodne widoki (głównie las i równiny popiołu), ale w końcu dojeżdżamy. Wieczór przy ognisku z ekipą turystów z Baszkirii. Siedzimy sobie tak, gra gitara, a za plecami niewyraźny zarys najwyższego wulkanu Kamczatki. Nie do opisania).

Następny poranek przynosi nam wspaniałą niespodziankę – widok, jakich mało. Wielka, szara, pokryta popiołem wulkanicznym równina, a na niej olbrzymi, czerwony, czterotysięczny, prawie idealny stożek Kluczewskiej Sopki. Wulkan zdaje się być w zasięgu ręki, ale jest to tylko złudzenie: samo podejście do podnóża zajmuje nam cały dzień. Obóz rozstawiamy na wysokości 1500-1800 mnpm.

O świcie — na szczyt. Wychodzi nas jedenaście osób: czterech Polaków, trójka Łotyszy i czwórka Niemców. Mamy do pokonania ponad 3000 m przewyższenia. Idziemy po południowym, nie pokrytym lodem stoku. Droga okazuje się bardzo ciężka, cała góra przypomina jedną wielką hałdę żużlu. Robimy trzy kroki do przodu, by za moment obsunąć się o dwa. Bardzo pomocne okazują się kijki narciarskie, którymi się podpieramy. Dodatkowe trudności sprawia nam brak aklimatyzacji.
Wszystko to jednak wynagradza rozciągająca się pod nami panorama Kamczatki. Niesamowity dymiący wierzchołek pobliskiego Bezimiennego i wyłaniający się na horyzoncie lodowy stożek Kronockiego – najpiękniejszego wulkanu Kamczatki. Na jakieś trzy godziny przed dotarciem do szczytu wspinamy się już tylko we dwójkę. Niedaleko wierzchołka oglądamy erupcję żółtych gazów. Czujemy się trochę niepewnie – Łotysze ostrzegali, że gazy mogą być trujące.
Po dwunastu godzinach wspinaczki stajemy na szczycie. Wulkan zwieńcza krater o średnicy ok. 200 m. Z jego ścian wydobywają się białe opary siarkowodoru. Jest tak zimno, że po zrobieniu każdego zdjęcia trzeba w aparacie wymieniać baterie na inne, ogrzane ciepłem własnego ciała. Około godziny 19 zaczynamy schodzić w kierunku przełęczy pomiędzy Kluczewską Sopką i Kamieniem (wygasły wulkan o wysokości 4400 m, z charakterystyczną kamienną ostrogą na szczycie), ale szybko zapadający zmierzch zmusza do biwakowania na wysokości około 4000 m. Zamierzamy spać w zacisznej rozpadlinie w zboczu, lecz gdy z góry zaczynają schodzić kamienne lawiny, decydujemy, że o wiele bezpieczniej będzie nocować na grani za wielkim głazem. Strasznie tam wieje, ale jesteśmy w miarę bezpieczni.
Przetrwanie bez śpiworów i namiotu zapewnić miały „enercetki” — używane przez alpinistów nabłyszczane folie odbijające ciepło. Okazują się jednak zbyt delikatne. Kamienie i wiatr po paru minutach zamieniają nasze płachty w błyszczące, wirujące strzępy. Na szczęście mamy zapas wody, maszynkę butanową i rosołki w kostkach – Już po godzinie grzania udaje się zagotować szklankę wody. Robimy rosół, próbujemy się przespać.

Czy to ze zmęczenia, czy może skutkiem niedostatecznej aklimatyzacji – przez całą noc wydaje mi się, że nie jesteśmy sami na grani, że biwakujemy w większej grupie. (Parę dni później Maciek wyznał, że czuł się podobnie). Gdy zaczyna się rozwidniać, gotujemy następną szklankę rosołu, co nie jest łatwe; nocą nasza woda zamarzła. Dalsza droga do obozu okazuje się łatwa technicznie, ale trudna orientacyjnie. Nasz obóz znajduje się w głębokiej rozpad¬linie, lecz rozpadlin takich u podnóża góry są dziesiątki.
Z opresji ratują nas Wojtek i Misio, których spotykamy na zboczu. Idą do góry, chcą jeszcze raz spróbować wejść na Kluczewską. Dzięki ich wskazówkom do obozu docieramy już bez dalszych przygód. Tam po przyjęciu w pełni zasłużonych gratulacji, zjedzeniu olbrzymiego posiłku, wypiciu kilku litrów herbaty chowamy się w namiocie na piętnastogodzinna drzemkę.

(07.08. Pogoda zapowiada się świetna. Wstajemy rano, szybka kaszka i o 6.10 wychodzimy. Około 9.00 dochodzimy do czarnego wału lawy, gdzie później stanie obóz reszty wyprawy. Zaczyna się ostrzejsze i bardzo nużące podejście czarnym żwirowym grzbietem. Paweł z Maćkiem daleko w przodzie, ale ja o 15.00 postanawiam zejść z powrotem. Brak aklimatyzacji daje się we znaki. Widoki genialne – dymiący krater Bezimiennego, obok Kamień i na południowych wschodzie szeroka równina. Po godzinie dogania mnie Misio. Też się wycofał. Dochodzimy do obozu (pobłądziwszy ciutkę) przed dziesiątą. Łotysze częstują nas zguszczonką, herbatą ze spirytusem (który mają, o dziwo, od Niemców) i słoniną. Królewska kolacja).

TU TESTOWANO ŁUNOCHODY

Spod Kluczewskiej ruszamy dalej wokół wulkanów Bezimiennego i Tołbacika. Ten pierwszy otoczony kłębami dymu robi niesamowite wrażenie. W nocy oglądamy czerwono żółte świecące smugi, znaczące drogę lawy spływającej po stokach.

(10.08. Opuszczamy okolice Kluczewskiej, mijamy Kamień (4396), łoimy małą skałkę i stajemy na obiad pod Bezimiennym. Na noc stajemy na małej łączce. Jutro mamy wejść na przełęcz między Tołbaczikiem i Bezimiennym.
11.08. Rano dwadzieścia metrów od namiotów nasi fotografowie odnajdują ślady misiów. Ciekawe… Wspinamy się na naszą przełęcz i zaczynają się kosmiczne krajobrazy: wysokie urwiska (w dole krater Jupitera – cały zielony), skały, czarny żużel, czarna i czerwona lawa. Nocujemy na polu jagód. Kąpiel w wodospadzie. Bolesne przeżycie).

Idziemy wzdłuż zielonych dolin, bez jakichkolwiek śladów cywilizacji. Czwartego dnia, zaraz po tym jak skończyła się żywność, wychodzimy na niesamowity płaskowyż.

(12.08. Nocleg przy stacji meteo. W domku znajdujemy dziennik, do którego wpisują się turyści. Prowadzony jest od lipca 1982, ale nic po polsku nie znajdujemy. Nadrabiamy tę zaległość. Zapytany o zimowe wpisy Martin wskazuje nam notatki z kwietnia. Czy tu nikt w zimie nie przyjeżdża?)

Wtedy zrozumiałem, dlaczego na Kamczatce testowano łunochody. Czerwono-szara pustynia w niczym nie przypomina ziemskiego krajobrazu. Na dodatek niebo robi się szare. Trudno wyobrazić sobie bardziej ponure, pozbawione życia miejsce. Na postoju wszyscy rozbiegają się w poszukiwaniu bomb wulkanicznych – zastygłych w powietrzu kropli lawy będących wspaniałą, choć ciężką pamiątką z Kamczatki.

(13.08. Żarcie się kończy. Dzień marszu przez skalistą pustynię. Dzielimy resztki jedzenia: wypada jedna dziewiąta salami (dobrze że kijki narciarskie mają podziałkę centymetrową!) i kawałek serka topionego na głowę. Stożki małych wulkanów, hałdy żużlu, kamienie najwymyślniejszych kształtów, czasem jakiś mech. Na szczęście przed wieczorem docieramy na olbrzymie pole jagód, można się najeść. Ostatni rozsądny obiad (resztki puree i trzy puszki mięsa na wszystkich)… A co potem? Zobaczymy. Mamy dojść do jakiejś drogi i łapać stopa. Zaczyna padać. Beznadzieja).

Przed śmiercią głodową ratuje nas kierownik bazy wulkanologów. Dajemy mu butelkę wódki, a on z wdzięczności odsprzedaje nam blisko 40 kg jedzenia po bardziej niż przystępnych cenach.

(13.08. Dostajemy cynk od Martina, że w pobliskiej bazie wulkanologicznej (jakiś kwadrans stąd) można kupić coś do jedzenia. Darek, Paweł i Andrzej idą tam z naszą ostatnią flaszką, aby zawrzeć znajomość. Wracają o północy – triumfalnie, z czerwoną racą i mnóstwem żarcia: jest chleb, ryż, kasza, chałwa (!), jakieś słoiki, puszki (mleko, groszek, mięso, coś tam jeszcze). Jest tego z 50 kilo. Za 160 rubli. Piękny kraj. Pół chałwy znika od razu. Deszcz, który zrobił sobie akurat godzinkę przerwy, znów zaczyna padać).

Dalsza droga wiedzie przez las – nasi biolodzy utrzymują, że to tajga modrzewiowa. Komary przystępują do zmasowanego natarcia. Środki przywiezione z Polski okazują się nieskuteczne. Na wysmarowanym specyfikiem Maćku zabijam jednym uderzeniem ręki 27 komarów. Dzielnie sekundują im małe muszki dziurawiące skórę i wstrzykujące płyn, hamujący krzepnięcie krwi.

Gdy w końcu docieramy do Kozyriewska, małej, zagubionej gdzieś na końcu świata osady, mamy problemy ze znalezieniem transportu. Na Kamczatce praktycznie nie istnieje regularna komunikacja, a wynajęcie ciężarówki od kołchozu nie jest takie proste. Wiemy już, że nie dostaniemy się do Doliny Gejzerów (mamy za mało czasu), tak więc pieniądze odłożone na wynajęcie helikoptera nie są już potrzebne. Trzy miejscowe sklepy (spożywczy, przemysłowy i papierniczy) okazują się nadspodziewanie bogato zaopatrzone. Robimy więc wielkie zakupy: aparaty fotograficzne, książki, mapy, trąbki, czerwone proporczyki, kawior, kalmary i wiele innych artykułów „nie pierwszej potrzeby”.

(16.08. Cały dzień w Kozyriewsku (psiakrew!). Jemy do bólu (głównie fistaszki, suszone owoce i kawior). Jest bosko!)

KORIACKA SOPKA

Nasz „autobus” to potężna sześciokołowa maszyna. Na Kamczatce tylko taki środek transportu daje szansę dotarcia do zamierzonego celu. Stłoczeni w małym, niewygodnym wnętrzu nudzimy się jak mopsy. Atmosferę polepsza dopiero sklep przy drodze. Mimo zakupów w Kozyriewsku ciągle mamy masę pieniędzy. Widok tabunu turystów (podajemy się za Łotyszy, dzięki temu mamy większą swobodę poruszania się i nie musimy płacić w twardej walucie za zwiedzanie Kamczatki) wywołuje lekki popłoch wśród sprzedawczyń.

Zaopatrujemy się w góry ciastek, orzeszków ziemnych i puszek z sokiem brzozowym. Dalszą drogę umila nam jedzenie.

W Pietropawłowsku dzielimy się. Ja, Wojtek, Misio i Maciek spróbujemy wejść na Koriacką Sopkę. Reszta grupy pojedzie zwiedzać rejon wulkanu Mutnowskiego. Noc spędzamy w miejscowym klubie turystycznym. Spotykamy tam specjalistę od Koriaka (tak tu nazywają Koriacką Sopkę). Mamy tylko trzy dni do odlotu samolotu, a on straszy nas problemami związanymi z transportem pod wulkan: „Jutro niedziela”. Dajemy mu butelkę wódki „na dobranoc”, co okazuje się doskonałym pomysłem. Rano, gdy wstajemy, transport już czeka. Podwożą nas 20 km. Jeszcze dwa razy łapiemy okazje i już jesteśmy w bazie turystycznej pod przełęczą między Awaczyńską a Koriakiem. Owa „baza” to osiedle małych odrapanych domków z tektury. Na wysypisku śmieci udaje się sfotografować susła. Wszedł do plastikowej torby z odpadkami i nie zauważył skradającego się z aparatem Maćka.

(18.08. Opuszczamy gościnny klub „Poljus”, mieszczący się w piwnicy bloku mieszkalnego. Klubowy „autobus” wysadza nas na 25 km drogi do Elizowa. Krótkie pożegnanie i ruszamy pieszo. Mgła powoduje, że widoczność mamy cienką, góra 200 metrów. Kawałek podwozi nas dwóch podpitych tubylców ładą nivą. Opowiadają nam jakiś dowcip o Czukczy, ale rozumiemy z niego tylko bluzgi. W końcu czas się rozstać. Następny samochód, który udaje się nam zatrzymać, jest ciężarówką – ma napis „Poczta”, ale, jak wyjaśnia kierowca, jedzie tylko na jagody. Idziemy prawie (a miejscami całkowicie) wyschniętym korytem rzeczki i rozkoszujemy się każdą chwilą: ZERO KOMARÓW! Szok. O 9.00 podnosi się mgła, ale wulkany tylko na krótkie chwile wychylają się z chmur. Dopiero o 12.00 łapiemy kolejnego stopa i zajeżdżamy pod „prijut”. Trochę wypytujemy o drogę, ale w końcu docieramy na przełęcz. Sceneria niesamowita: płaty śniegu, hałdy i ławice żużlu, a ponieważ jesteśmy na poziomie chmur, więc wszystko jak przydymione. I wszędzie drobniutkie kwiatki, chociaż wydawałoby się, że tu nie ma prawa istnieć życie).

Na przełęcz docieramy wczesnym popołudniem. Pogoda poprawia się i obydwa wulkany mamy jak na dłoni. Postanawiamy, że następnego dnia wejdziemy na Koriaka (3500 m), a drugiego dnia na Awaczyńską (2700 m). Wstajemy wcześnie i szybko idziemy do góry. Niesiemy tylko trochę jedzenia i aparaty fotograficzne – na noc chcemy wrócić. Nie mamy raków, więc posuwamy się po postrzępionej, wolnej od lodu skalistej grzędzie. Wychodzimy ponad chmury. Doskonale teraz widać dymiący biało krater Awaczyńskiej Sopki. Jest niesamowicie krucho i często nawet wielkie bloki rozsypują się pod naszymi stopami.

Gdy zostaje nam już niecałe 300 m do szczytu, nagle lecę. Mam dużo szczęścia – zatrzymuję się po pięciu metrach. Jeszcze dwa i wpadłbym na lodowiec, a wtedy czekałoby mnie 2000 m niepowstrzymanej jazdy w dół. Jakoś zbieram się. Wstaję.

O szczycie nie ma już mowy. Schodzimy. Idzie mi to straszliwie wolno. Zapada zmrok i nadciąga gęsta mgła. Po dwunastu godzinach błądzenia decydujemy się na biwak bez sprzętu. W nocy pada. Rano widoczność nie poprawia się. Schodząc po omacku, nie znajdujemy namiotu i docieramy do bazy. Wojtek i Misio wracają po namiot, a my idziemy do stojącego nie opodal małego drewnianego domu, który okazuje się stacją wulkanologów.

Przyjmują nas bardzo serdecznie. Dają jeść, pić i serwują “lekarstwo": setkę spirytusu popitego wodą. Opatrują moją nogę – jest zupełnie sina. Kiedy wracają Wojtek i Misio, uczynni wulkanolodzy organizują nam transport (odkrytą ciężarówką) do Pietropawłowska.

(19.08. Za dziesięć szósta rano. Kaszka, kawałek pumpernikla z salami i wychodzimy, pod górkę po żwirze i kamieniach. Pogoda obleśna, chmury wiszą nisko. Przelotny deszczyk, moment zwątpienia (skały robią się mokre i śliskie), ale widoki obłędne: po lewej Zatoka Awaczyńska, za nią Wiluczyński, na SSW Ocean Spokojny, z tyłu Awaczyńska Sopka. Na E i NE morze rozświetlonych chmur, z którego wyłaniają ciemne, ostre szczyty. Idziemy sporo ściśle granią, omijając tylko miejsca naprawdę kruche lub ostre. Moc emocji. Maciek z Pawłem rwą do przodu, my z Misiem trochę zostaliśmy. I wtedy – około 14.00 – spoglądam z grani w dół, na pole śnieżne, a tam siedzą Paweł z Maćkiem. Odpoczynek? Do szczytu jeszcze tylko jedna skalna bariera i skręcająca w prawo, połoga, choć ośnieżona grań szczytowa. Blisko; w pionie góra 200-300 metrów. Pytam, czy sobie jaj nie robią. Maciek coś odkrzykuje, a Paweł odwraca się do mnie bez słowa: ma całe czoło we krwi. Maciek przemywa mu rozcięcie (quickiem, bo ja niosę czystą wodę) i ociera krew chustką. Daję Misiowi znak, żeby do nich zszedł, sam zsuwam się po linie (ciekawe, kto ją tu zostawił). Paweł ma rozciętą głowę, naderwane ucho i coś z nogą w kostce. Złapał jakiś kilkudziesięciokilogramowy kamień, a potem razem polecieli w dół. Kamień spadł mu na stopę (nity w bucie trzeba rozgiąć nożem, żeby go rozsznurować; w samym bucie wyrwa na dobre 10 centymetrów), a potem poturlał się spokojnie w dół. Oklejamy plastrem skaleczenia i zaczynamy zejście, tym razem trawersem, nie po grani. Zabieram od Pawła cały sprzęt. Schodzimy koszmarnie wolno. Koło szóstej wchodzimy w chmury. Robi się zimno, mokro, deszcz siąpi, mgła oblepia wszystko dookoła, widoczność spada do jakichś 30 metrów. Ruszam przodem, żeby przygotować coś do jedzenia, ale nie znalazłszy namiotu, nocuję na stoku).

POŻEGNANIE

Ostatni dzień na Kamczatce poświęcamy na zwiedzanie miasta. Zdziwienie budzi wielka ilość japońskich samochodów na ulicach. Są to maszyny używane, sprowadzane po śmiesznych cenach wprost z Japonii. Wszystkie mają układy kierownicze dostosowane do ruchu lewostronnego (tak jeździ się w Kraju Kwitnącej Wiśni). Noga nie pozwala mi szybko chodzić, biorę taksówkę i jadę do szpitala, gdzie pakują mi kończynę w gips. Udaje mi się kupić kule – teraz i ja mogę zwiedzać miasto. Wybieramy się na rejs po Zatoce Awaczyńskiej. Ze statku doskonale widać wulkany otaczające Pietropawłowsk.

Związek Radziecki przeżywa właśnie dni niepewności. Gorbaczow jest uwięziony, a junta wprowadziła stan wyjątkowy. Mijamy radzieckie okręty wojenne. Nie wiemy, czy to rutynowe patrole czy może ich obecność związana jest ze stanem podwyższonej gotowości w armii.

(21.08. Zagadani (wciąż trwa wymiana wrażeń) niemal spóźniamy się na statek. Jest to regularna linia komunikacyjna; jakieś 30-40 minut zajmuje nam przepłynięcie zatoki w poprzek. Po drugiej stronie na molo stoi kilku facetów w mundurach, którzy chyba pilnują, żebyśmy przypadkiem nie wysiedli. Pietropawłowsk wygląda fantastycznie: malutkie domki rozrzucone na zielonych wzgórzach, a w tle Koriak, Awaczyńska i Kozielski ze szczytami w chmurach).

Wieczorem idziemy do najekskluzywniejszego lokalu w mieście. Chcemy wydać resztę pieniędzy. Nasza zabawa budzi pewną sensację, a kiedy i ja zaczynam tańczyć, cała sala gapi się już na nas otwarcie. Niestety, moment nieuwagi i spadam z podświetlonej sceny. Całe szczęście, że gips wytrzymał.

Nad ranem łapiemy taksówki i jedziemy na lotnisko. Z Kamczatką rozstajemy się po ciemku…

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 License