Kodar Relacja

od autora:
1. poniższy tekst powstał na potrzeby biuletynu SKG.
2. autor był wtedy dużo młodszy i niektóre rzeczy które wtedy pisał wydawały mu się dowcipne. Dziś … raczej już by tak nie napisał ;-)

KODAR czyli jak przestałem się bać i pokochałem licznik geigera.

Czy kiedykolwiek zdarzyło ci się, że po powrocie z Tatr, Bieszczadów lub innych gór myślałeś o tym jak by to było fajnie gdyby ktoś zburzył wszystkie schroniska, powysadzał drogi i mosty, pozasypywał szlaki ? Może widziałeś siebie z wielkim karabinem maszynowym w dłoniach, oczyszczającego górskie ścieżki z niedzielnych, ceprowatych, z twarzami (mordami !) debili, w sandałach, w szpilkach, z chlebakami zamiast plecaków, w nieestetycznej bieliźnie, z brzuchami, z radiomagnetofonami, ze Śląska, z Wybrzeża, z Mińska (sorry Misiu), ………………………………………….(tu miejsce na wpisanie twoich ulubionych epitetów) turystów. ( Jeśli przypadkiem jesteś wegetarianinem i brzydzi cię widok krwawej posoki użyźniającej Bieszczadzkie połoniny, zawsze możesz sobie wyobrażać, że to Szaman trzyma ten karabin.)

Jeśli kiedykolwiek zdarzyło ci się … Nie, wcale nie musisz pędzić do Dziadka ( lub jakiegoś jego kumpla po fachu), po prostu jedź w KODAR.

Wyobraź sobie góry podobne do Tatr, tylko trochę wyższe i znacznie rozleglejsze. Trzytysięczne szczyty z małymi lodowczykami, a w dole przepastne doliny w których panoszy się prawie dziewicza tajga ( tu mała zagadka: dlaczego wyrażenia "prawie dziewicza" można użyć z rzeczownikiem "tajga", a z "kursantką" to brzmi już jakoś dziwnie ? ). Krystalicznie czyste jeziora, które tylko czekają żebyś zechciał rozbić w ich pobliżu namiot. Ryby w rzekach, grzyby i jagody w lesie, kupa latającego ścierwa w powietrzu - tak, to obraz raju. A na dodatek raju bez strażników ( czytaj filanców ) i zakazanych drzew.

A teraz trochę szczegółów:

Dojazd: nic prostszego - 6 dni plackartą i dojeżdżasz do Czary, uroczego miasteczka na BAMie. To w miarę typowa osada na tej linii. Trochę bloków, które wyglądają jak gdyby zbudowano je od razu stare, obok drewniane rudery jak z latynoskich slamsów, a wokoło masa pordzewiałych rusztowań, silosów i dźwigów, doły na fundamenty, spychacze i opustoszałe hale. Przed blokami ludzie próbują uprawiać ziemniaki a krowy znaleźć coś do jedzenia. Na takim tle dość egzotycznie wyglądają nowoczesne budynki dworca kolejowego i hotelu. Z Czary w góry to już rzut beretem. Pół dnia (droga dla cieniasów) lub trzy dni (nasza, bagienna wersja).

No tak docierasz do celu i co tu robić dalej ? Możesz po prostu chodzić wzdłuż dolin napawając się pięknem dzikiej przyrody i lecząc wielkomiejskiego kaca. Zaczynasz na dole gdzie rzeki są szerokie, lasy gęste a komary upierdliwe. Potem mozolnie pniesz się do góry, gdzie muszki zastępują komary a las przechodzi w kosodrzewinę. Dalej to już piętro hal i niesamowicie pięknych jezior, a także obszar gdzie współczynnik "ilość ugryzień na sekundę" wreszcie robi się mniejszy od jedynki. Kiedy znudzi ci się siedzenie nad wodą bierzesz dupę w troki idziesz jeszcze trochę do góry, przechodzisz przez przełęcz i powtarzasz cały cykl tym razem w drugą stronę. Jeśli jesteś jednym z tych ambitnych twardzieli z przypałem w dolnych kończynach zawsze możesz spróbować wejść na jakąś górę. Dla każdego coś miłego i nawet miłośnicy lodu znajdą tu małe lodowce pocięte czasami całkiem nie banalnymi szczelinami.

Kiedy już dorobisz się pęcherzy na stopach od tego wyczynu, zawsze możesz wpaść do jedynej w okolicy Turbazy. Całkiem możliwe, że spotkasz tam jakiś turystów. Co jest o tyle ważne, że nikt nie "pastroi bani" tak dobrze jak mieszkańcy byłego kraju rad. A jak powszechnie wiadomo po dobrej bani (określenie "dobra bania" dla tego co nas spotkało jest epitetem, właściwszym było by "magiczne zjawisko - symfonia na gorące powietrze, parę, pot i rózgi") i secie świat od razu staje się piękniejszy.

Odpocząłeś? No to ruszamy dalej. Wory możemy zostawić w turbazie i zrobić sobie wycieczkę do kopalni uranu. Zostało z niej bardzo niewiele, podobnie jak i z obozu w którym "mieszkali" "pracownicy". Dość odpychające miejscy. Same skały, w lecie upał, w zimie 50-cio stopniowe mrozy. Więźniowie "mieszkali" w dołach wykładanych deskami. Przez 4 lata działalności obozu i kopalni podobno zginęło ich tu 10 tysięcy.

A gdy już jesteśmy przy temacie uranu, to należy nadmienić, że dobrze zorientowane miejscowe wiewiórki ( burundki ) twierdzą, że warto nosić ze sobą licznik geigera i sprawdzać na czym siadamy i gdzie rozbijamy namioty, aby potem nie stwierdzić ze zdziwieniem, że po ciemku nasza ręka świeci jaśniej od wskazówki w naszym kompasie. Mogłaby świecić dużo jaśniej gdyby doszło do planowanego w okolicy uruchomienia wydobycia miedzi przy pomocy bomby atomowej (to taki kraj, tu wszystko robi się z rozmachem). Do dziś podobno można znaleźć sztolnię w której miano podłożyć ładunek i resztki urządzeń do zdalnego sterowania detonacją.

Co jeszcze możesz znaleźć w Kadarze ? Możesz znaleźć tubylca ( słownie jednego, jeżeli nie liczyć dobytku tzn. strzelby, psa, reniferów, żony i dwóch synów). Na twoim jednak miejscu nie liczyłbym na to, że uda ci się kupić od niego coś do jedzenia. Nie licz także, że prezent w postaci paczki papierosów (jednej z tych eleganckich kartonowych paczek kupionych specjalnie na podarki, o które podczas całej podróży dbałeś bardziej niż o własne jaja - panie mi wybaczą) zrobi na nim jakieś wrażenie. Wyjmie jednego, zaciągnie się dwa razy. Jego dotychczas nieruchomą, przypominającą cierpiącego na mongolizm sfinksa twarz wykrzywi grymas. Powie - słaby, rosyjskie lepsze - po czym wyjmie jakiegoś biełamorca i wtedy wreszcie zrozumiesz dlaczego w ogóle nie gryzą go komary.

Czas już wracać. Ale przedtem napij się herbaty z ogniska rozłóż sobie karimatę i śpiwór wprost na ziemi i popatrz na gwiazdy. Nie to, żeby nocne niebo było tam ładniejsze niż u nas, ale być może zobaczysz tam coś czego zwykle nie zauważasz obozując w polskich górach gdzie w każdym miejscu słychać szczekanie psów z pobliskiej wsi, lub zrozumiesz coś czego dotychczas nie rozumiałeś, twardo walcząc z matką naturą podczas zdobywania kolejnego 10-cio tysięcznika w zimie z zawiązanymi oczami i od tyłu.

Życząc wam tego (oczywiście dziesięciotysięcznika) kończę i idę na piwo.

marzec '95 Paweł R. Karpiński

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 License