Twój Styl
  • Oto artykuł, który napisaliśmy z Dorotą z nadzieją opublikowania go w "Twoim Stylu". Ostatecznie okazało się, że woleliby wydrukować coś o ładnych miejscach i szczęśliwych ludziach1, toteż artykuł skończył w szufladzie… O pardon, na dysku ;-) Nie został chyba skończony, ale stanowi jako-tako zamkniętą całość. Pozwoliłem sobie dodać tytuł i kilka współczesnych komentarzy. A teraz życzę wszystkim miłej lektury. Nawet jeśli tekst zalatuje grafomanią (W.)

Przez Pakistan do Chin

Z dachu hotelu Al-Azam roztacza się szeroka panorama Rawalpindi, jego niekończących się krętych uliczek, którymi o każdej porze płyną potoki mieszkańców, trąbiących, przedpotopowych taksówek, motocykli, rowerów i maleńkich riksz. Przez minione pięć dni zaprzyjaźniliśmy się już trochę z tym miejscem - ciasną, niewysoką zabudową centrum, sklepikami oferującymi dosłownie wszystko (od bajecznie kolorowych materiałów po bardzo tu popularne wentylatory), straganami pełnymi przypraw, owoców i pamiątek, niekiedy niezwykle oryginalnych. Za jedyne 100 dolarów można kupić „hamulec na słonia” – gruby, tępy sztylet o ozdobnej rękojeści; sprzedawca twierdzi, że da się za jego pomocą kierować słoniem.2 Nad pobliskim placem góruje minaret meczetu, w dali widać nowoczesne hotele trzymające się z dala od starych dzielnic.
Chętnie przesiadujemy tu, na hotelowym tarasie, otoczonym kaktusową balustradą, bo alternatywą jest dzielenie obskurnego pokoiku z gekkonami mieszkającymi za oprawą świetlówki. Zwierzątka te nie są bynajmniej groźne, ale nie każdemu odpowiada towarzystwo piętnastocentymetrowej jaszczurki biegającej po ścianach. W taki pogodny wieczór jak dzisiejszy, wzrok sięga prawie do odległego o kilkanaście kilometrów Islamabadu. Pakistańczycy pozazdrościli Brazylii i w latach 1960-1971 wybudowali sobie nową stolicę, według futurystycznego projektu greckiego architekta Konstantinosa Doxiadesa. Niestety, podzielone prostopadłymi ulicami na dzielnice bez nazw, oznaczone tylko symbolami „F-5” lub „G-2”, miasto sprawia wrażenie martwego i nieprzyjaznego, w każdym razie dla turystów.

(Specjalnie dla użytkowników internetowych pozwolę sobie tu zamieścić moje ulubione zdjęcie z Islamabadu. Przedstawia tabliczkę z adresem ambasady… No właśnie: czyjej? Bo ja wcale nie jestem pewien… - W.)

ambasada-wegier.jpg

Dlatego na nasz pierwszy przystanek w Pakistanie wybraliśmy Rawalpindi, główną metropolię prowincji Pendżab. Sam Islamabad odwiedziliśmy tylko raz, by zobaczyć jeden z największych meczetów świata, ufundowany przez króla Arabii Saudyjskiej i zwany od jego imienia Meczetem Faisala. Dotarcie tutaj zajmuje od pół do dwu i pół godziny, w zależności od daru przekonywania naganiaczy i sprawności kierowcy autobusu, lawirującego pośród kolorowych, hałaśliwych samochodów i zaprzęgów.
Już ta pierwsza podróż dostarczyła niezapomnianych wrażeń. Zaczęło się od wskakiwania do autobusu prawie w biegu, na skrzyżowaniu, gdyż przystanki w Rawalpindi nie są zbytnio rozpowszechnione. Jako kobiecie kazano mi usiąść z przodu, obok kierowcy3; od kolegów oddzielił mnie tłum Pakistańczyków. Rozglądałam się nerwowo, nie wiedząc, gdzie mamy wysiąść, gdy lekkim szturchnięciem zwróciła na siebie moją uwagę starsza kobieta.
– Muslim? – spytała.
Zaskoczona zaprzeczyłam ruchem głowy, ona zaś ciągnęła dalej, ledwo zrozumiałym angielskim:
– Dlaczego masz chustkę na głowie?
Dzień był pochmurny, a ja zaczęłam coś niepewnie tłumaczyć, że to od słońca, że upał… Tak naprawdę, to jeszcze przed wyjazdem dowiedziałam się, że kobiety w krajach muzułmańskich nie powinny odsłaniać głowy, gdyż jest to źle widziane. Dotknęła lekko mojego policzka.
– To dobrze, że masz przykryte włosy i długą sukienkę, nie tak, jak inne, które rozbierają się na ulicy.
Chodziło jej, rzecz jasna, o normalne europejskie stroje – krótkie spodenki i podkoszulki. Potem jeszcze wielokrotnie uszyta specjalnie na wyprawę spódnica do ziemi zjednywała mi sympatię mieszkańców tego kraju, gdzie nawet mężczyźnie nie wypada odsłaniać publicznie niczego prócz głowy, dłoni i stóp. Obcokrajowcy płci męskiej paradują wprawdzie w szortach, nie wzbudzając zbytniej sensacji, ale tylko do czasu, gdy zechcą odwiedzić np. jakieś miejsce kultu. Przy Meczecie Faisala uruchomiono nawet specjalną wypożyczalnię prześcieradeł, które przemiły Pakistańczyk upina turystom w gustowne spódniczki.
Sam meczet robi ogromne wrażenie. Wielką, białą, nowoczesną budowlę otaczają cztery smukłe minarety; wraz z dziedzińcami i przyległymi błoniami jest w stanie pomieścić sto tysięcy ludzi, choć w chwilach wolnych od modłów panuje tu spokój i cisza. Przed wejściem trzeba było oczywiście zdjąć buty, co, jak się wkrótce okazało, wiąże się ze sporym ryzykiem. Wciąż myte i pucowane do połysku posadzki, wilgotne i śliskie, są prawdziwą pułapką dla bosych stóp.
Na szczęście obejrzenie meczetu przypłaciliśmy tylko paroma siniakami i wróciliśmy na obiad do Rawalpindi, do naszej ulubionej ulicznej knajpy w centrum, w dzielnicy Saddar Bazaar. Zazwyczaj jadają w niej wyłącznie miejscowi, choć nawet dla przewrażliwionych obcokrajowców jest bezpieczna – gotowane i smażone potrawy pozbawione są nie tylko złośliwej ameby, ale i zarazków żółtaczki, dżumy, cholery i innych przerażających chorób, którymi straszono nas przed wyjazdem. Po drodze zaopatrzyliśmy się w kilka butelek wody mineralnej, jako że w Pakistanie nikt gościom przypraw (i to ostrych!) nie żałuje. Z zasady nie używa się tu sztućców, więc kran do umycia rąk przed wejściem jest niezbędny, nie skusiliśmy się jednak na wątpliwej świeżości ręczniczek. Obejrzawszy dokładnie zawartość wielkich, czarnych kotłów, stojących na naftowych palnikach, złożyliśmy zamówienie, wskazując palcami: gulasz, w którym jest więcej przypraw niż mięsa, soczewicę duszoną w oleju na ostro, ryż, barwiony na żółto szafranem.4 Na stół podano poza tym górę ciapati, najpopularniejszego pakistańskiego pieczywa. Ma ono postać płaskich, cienkich placków, przypominających gumowate naleśniki. Wypiekane jest w glinianych piecach z mieszaniny mąki z wodą, niestety bez dodatku soli. Tubylcy jedzą je przy każdej okazji, do wszystkiego, i używają zamiast łyżek. Nie chcieliśmy być gorsi; z początku najwięcej kłopotu sprawiały nam sosy, wylewające się z boków nieumiejętnie wyprofilowanej ciapatowej niby-łyżki; niełatwo szło też z ryżem - ściśniesz za mocno z jednej strony, wysypie się z drugiej. Jednak nie mając innego wyboru, po dwóch-trzech obiadach opanowaliśmy tę trudną sztukę w stopniu umożliwiającym w miarę bezproblemowe spożywanie posiłków. Miłą odmianą były słodkie drożdżowe bułeczki z rodzynkami; serwowane do mocnej, słodkiej herbaty z mlekiem stanowiły wyśmienite śniadanie.
W przeddzień wyjazdu z Rawalpindi czekała nas jeszcze jedna niespodzianka – najprawdziwsza monsunowa ulewa. Wprawdzie monsun nie dociera na północ Pakistanu z właściwą sobie niszczycielską siłą, ale i tak przybyszowi Europy jawi się jako potężny żywioł. Nie minęła godzina, odkąd niebo zasnuło się ołowiem i spadły pierwsze krople, a ulice zmieniły się w rozlewiska. Woda sięgała po osie samochodów, zdesperowani handlarze miotłami odganiali zalewające sklepiki fale, a szczęśliwe dzieciaki brodziły po kolana w brudnym bajorze, łowiąc śmieci. Wkrótce jednak deszcz ustał, a woda spłynęła rynsztokami, znikając równie szybko, jak się pojawiła i tylko niewielkie kałuże i łachy błota przypominały niedawny potop.

Dwadzieścia dwie godziny jazdy autobusem w górę doliny Indusu zawiodły nas do Skardu, ostatniej miejscowości na prowadzącym w serce Karakorum szlaku, do której dochodzi asfaltowa droga. Tu dokonaliśmy niezbędnych zakupów, uzupełniając zapasy żywności przed wyruszeniem w góry, podobnie jak czynią to wielkie, międzynarodowe ekspedycje, ruszające stąd pod K2 i inne pakistańskie ośmiotysięczniki. Nazajutrz, jeszcze przed świtem, rozpoczął się ostatni etap podróży do wymarzonej krainy lodowców. Przebycie jeepami 90 kilometrów dzielących nas od Askole, skąd dalej ruszyliśmy już pieszo, zajęło nam dwa dni(!). Sześć razy zmienialiśmy samochód, przenosząc bagaże przez osuwiska i zniszczone przez rzekę fragmenty drogi, ale wreszcie się udało! Aby tu dotrzeć, potrzeba było miesięcy planów i przygotowań, walki z przeciwnościami losu i szybko umykającym czasem.
Karakorum! Najbardziej niedostępne skaliste pasmo górskie na Ziemi, którego kilkudziesięciokilometrowymi dolinami spływają ogromne lodowce, rozciąga się na długości 450 kilometrów od Afganistanu, przez Pakistan i Chiny do Indii. Cztery spośród jego szczytów sięgają ponad 8000 metrów, aż sto osiem wznosi się powyżej 7000, a lodowce należą do najdłuższych na świecie, ustępując tylko lodom regionów polarnych. Słowo „karakorum” pochodzi z języków tureckich i w dosłownym tłumaczeniu znaczy „czarny piarg”, która to nazwa nie jest bynajmniej adekwatna do rzeczywistego wyglądu gór: ponad zielonymi morenami wznoszą się strzeliste masywy skalne o wierzchołkach przyozdobionych śniegiem.
Bagaż naszej sześcioosobowej ekspedycji składał się z sześciu wyładowanych plecaków, dwudziestolitrowego kanistra z benzyną do maszynek, oraz sizalowego worka i sześćdziesięciolitrowego bębna, obu wypełnionych jedzeniem. Zrozumiałe było zatem zdziwienie mieszkańców Askole, proponujących swe usługi, gdy dowiedzieli się, że zamierzamy sobie poradzić bez przewodnika i tragarzy. Oczywiście nie zabraliśmy wszystkiego na raz, pozostawiając we wsi depozyt, po który wróciliśmy kilka dni później. Celem naszej wycieczki było pokonanie dwóch spośród najdłuższych lodowców Karakorum, Biafo i Hispar (łącznie 122 km), oddzielonych przełęczą Hispar, położoną na wysokości 5151 mnpm. Wybraliśmy ten właśnie rejon kierując się wcześniejszymi informacjami, iż jest dziki, niezwykle malowniczy i praktycznie nieuczęszczany przez turystów, poza tym na jego eksplorację nie potrzeba żadnego specjalnego zezwolenia z pakistańskiego Ministerstwa Turystyki, co w tych górach stanowi rzadkość.
Rzeczywiście, przez piętnaście dni włóczęgi naszymi jedynymi towarzyszami były milczące skalne giganty. Powoli posuwaliśmy się w górę dwukilometrowej szerokości rzeką lodu. Kilka początkowych noclegów wypadło nam spędzić w uroczych dolinkach, wciśniętych między boczną morenę lodowca i kamienne ściany. Miejsca te przyjemnie kontrastowały z towarzyszącym nam cały dzień surowym i ponurym krajobrazem. Z trudem przychodziło nam uwierzyć, że tuż obok martwych, szarobiałych pól lodu, istnieje taki inny świat: namioty rozbijaliśmy wśród zielonej, gęstej trawy i barwnych kwiatów, wodę do gotowania czerpaliśmy z czystych, szemrzących monotonnie strumyków. Tradycyjny obiad składał się z zupy z proszku i drugiego dania: ryż, makaron lub puree ziemniaczane (też z proszku) z nieodłączną proteiną sojową w charakterze mięsa. Wspaniałym urozmaiceniem były liofilizowane pieczarki i warzywa (cebula, marchewka, fasola, groszek i inne), dodawane codziennie do sosów. Za każdym razem gratulowaliśmy sobie decyzji zabrania ich ze sobą; ważące po 20-30 gramów smakowite paczuszki okazały się nadspodziewanie wydajne, pozwalając obniżyć ciężar pojedynczego obiadu (przed przygotowaniem) do ok. 200 g.
Sześć dni zmagań z ciężarem plecaka i wysokością doprowadziło nas na Snow Lake, gigantyczny, śnieżno-lodowy płaskowyż o średniej wysokości 4800 mnpm. Pierwszy Europejczyk, W. Martin Conway, zawitał tu zaledwie sto lat temu, nadając płaskowyżowi tę – jakże trafną – nazwę. Białe plateau, o powierzchni 77 km kwadratowych, jest otoczone amfiteatrem skalnych ścian z mierzącym 7285 m.n.p.m. Ogre na południowym wschodzie i stromym podejściem na przełęcz Hispar na zachodzie. Biorą stąd początek cztery lodowce: właśnie przebyty przez nas Biafo, Sim Gang, odchodzący na północ Lukpe Lawo i czekający na nas za przełęczą Hispar.
Na tej wysokości, w czystym i rozrzedzonym powietrzu, wzrok sięga zaskakująco daleko. Odległe o kilometry masywy zdaje się dzielić od obozu ledwie pół godziny drogi; w rzeczywistości na przejście Snow Lake’u w poprzek potrzeba co najmniej pół dnia szybkiego marszu, w mokrym śniegu po kostki i przy stałej, uważnej asekuracji. Szczeliny lodowca są wprawdzie jeszcze wąskie i w większości zasypane śniegiem, tworzącym solidną skorupę, ale i tak trawersując „Śnieżne Jezioro” w kierunku przełęczy musieliśmy się powiązać liną.
Podejście tych trzystu metrów na Hispar La było najbardziej stromym odcinkiem całej wędrówki przez góry; na pewno też na długo pozostanie nam w pamięci – z lodowatym wiatrem, unoszącym z ziemi drobinki lodu boleśnie siekące po twarzy; z deszczem ze śniegiem, przesączającym się uparcie przez ubrania; ze zmrożoną, śliską nawierzchnią pod stopami. Mieliśmy poważne obawy, czy nasze delikatne namiociki (delikatne, ale przynajmniej lekkie5będą w stanie stawić czoło szaleństwu żywiołów, jako że planowaliśmy nocleg na samym siodle przełęczy. Na szczęście tym razem Karakorum było dla nas łaskawe, a my po raz pierwszy (i ostatni) błogosławiliśmy w duchu zmienność tutejszej pogody. Po trwającym ponad godzinę bezlitosnym ataku wiatr ustąpił, deszcz przeszedł w mżawkę i wkrótce ustał, chmury rozpierzchły się i z najwyższego punktu naszej trasy mogliśmy podziwiać dolinę Hispar, najpierw w ostatnich promieniach słońca, potem niknącą z wolna w nadciągającym zmroku.
Tej nocy zaczęliśmy oswajać się z towarzyszącym nam później regularnie łoskotem śnieżnych lawin. Przez ponad połowę długości lodowca Hispar od południa ciągnie się mur bezimiennych szczytów masywu Balchhish. Na ich północnych stokach, tylko rankiem przelotnie oświetlanych słońcem, gromadzą się ogromne masy śniegu, tworząc niewiarygodne nawisy. Właśnie jeden z takich nawisów runął, budząc nas grzmotem w środku nocy,i mimo że znajdowaliśmy się dobry kilometr od lawiny, ciarki przebiegły nam po plecach. Następne kilka dni i nocy przyzwyczaiło nas do tego dźwięku, a że biwakowaliśmy zawsze po północnej, bezpieczniejszej stronie doliny (z południowych zboczy śnieg dawno się wytopił), spaliśmy spokojnie. Za to już pierwszego dnia zejścia na brak emocji nie mogliśmy narzekać. Hispar jest znacznie bardziej popękany niż jego sąsiad zza przełęczy, Biafo, a śnieżne mostki nad szczelinami – bardziej kruche. W dodatku trasy nie można planować zbyt dowolnie, bo bariery potężnych seraków ograniczają z boków jęzor lodu. W efekcie poruszaliśmy się koszmarnie wolno, sondując grunt przed sobą w poszukiwaniu ukrytych szczelin, zaglądając w błękitne otchłanie bez dna i przemykając jak najszybciej po spinających ich brzegi ażurowych konstrukcjach z lodu.
Dalsza droga w dół doliny prowadziła boczną moreną lodowca, co oszczędziło nam zygzakowania wśród niezliczonych górek, dołków i pęknięć Hispara. Na lód schodziliśmy tylko przekraczając poprzeczne lodowczyki, spływające spod siedmiotysięcznych Kanjut Sar, Yutmaru Sar, Pumari Chhish i Kunyang Chhish. Wreszcie, po dwóch tygodniach przebywania tylko we własnym towarzystwie, znów ujrzeliśmy ludzi – tym razem mieszkańców wsi Hispar (płynąca doliną rzeka też nosi tę nazwę), położonej wysoko nad dnem wąwozu osady glinianych domostw i barwnych pól. A hoduje się tu znajome rośliny: ziemniaki, bób, koperek, ogórki, są też zwyczajne krowy, nie jaki czy ich krzyżówki. Z mniej popularnych w Polsce, a ciekawych upraw rzuciło nam się w oczy konopie indyjskie. Zresztą północna część Pakistanu leży w granicach „Złotego Półksiężyca”, największego rejonu produkcji narkotyków na świecie, wyprzedzającego nawet słynny malajski Złoty Trójkąt.
Następne dwa dni były raczej nijakie. Daleko za nami zostawiliśmy czarną ścianę czoła lodowca, za zakrętem doliny znikł już Hispar. Dłużyły się kilometrowe trawersy i serpentyny pylistej drogi. Dzieło miejscowych inżynierów nie oparło się siłom przyrody - woda miejscami rozmyła kamienną podbudowę, zmieniając trakt w piaszczyste osypiska. Wędrowaliśmy w duszącym upale; wrześniowe, lecz wciąż gorące słońce wypaliło ostatnie źdźbła trawy, pozostawiając jedynie rudy popiół.
A my przyspieszaliśmy kroku, uśmiechając się na myśl o pachnących, zielonych ogrodach doliny Hunzy.

Urzekł nas widok tysięcy uprawnych poletek na tarasach, zdobiących zbocza niebosiężnych szczytów, zachwyciła od dawna nie widziana zieleń, szum drzew, zapach świeżych jabłek, smak soczystych winogron. Skrzętnie pilnują ludzie tego raju wydartego pustyni. Wystarczy nie dostarczyć w porę wody na któreś z poletek, by rośliny uschły. Rolnictwo możliwe jest tutaj tylko dzięki irygacji; od dziesięciu wieków mieszkańcy budują kanały nawadniające, czerpiąc z nieprzebranych zapasów wody zgromadzonych w lodowcach.
Kanały wędrują w poprzek pionowych ścian kanionów, potem dzielą się na mniejsze, wąziutkie, jak krwioobieg doprowadzając wodę do wszystkich, nawet najmniejszych skrawków ziemi. System nawadniający w dolinie Hunzy jest unikatem w skali światowej, stanowi więc niezwykłą gratkę dla turystów. Z wielką fantazją wytyczono te naskalne „wodociągi”, a spacery po ich eksponowanych burtach polecić można jedynie osobom nadzwyczaj opanowanym. Przyglądając się kamiennym konstrukcjom, niczym nie spojonym, a jedynie od wewnątrz uszczelnionym ilastą ziemią, trudno uwierzyć, iż najstarsze liczą sobie już 900 lat.
Wtedy to w dolinie Hunzy powstały pierwsze osady: Ganesh, Altit i Baltit, a wkrótce rzeka dała nazwę powstałemu tu królestwu. Jednak już w VI wieku prowadziły tędy szlaki karawanowe; wędrujący nimi pielgrzymi i kupcy pozostawili po sobie rodzaj „księgi pamiątkowej”: trzy skały wznoszące się nad wąwozem rzeki, zwane dziś „Świętymi Kamieniami”, pokryte są napisami w wielu starożytnych językach. Z drugiego brzegu rzeki traktu do dziś strzeże fort w Altit – niewielka budowla obronna, powstała w XII wieku. Małe państewko przechodziło burzliwe koleje losu, leżąc na trasie łączącej Indie z Chinami; próbowały nim zawładnąć Tybet, Chiny i Kaszmir, a w XIX wieku rywalizowały o wpływy na tym terenie Rosja i Anglia. Oficjalnie Hunza straciła autonomię dopiero w 1969 roku.
Przybyszów czasem zaskakuje europejska uroda mieszkańców doliny. Badacze nie są zgodni co do ich rzeczywistego pochodzenia, oni sami zaś utrzymują, że są potomkami Aleksandra Wielkiego (którego armie dotarły do Indii w IV w. Pne) i pewnej czarodziejki z Hindukuszu. Bez względu na to, kto ma rację, spotkać można tu rudzielców z niebieskimi oczami, co nie zdarza się nigdzie indziej w Pakistanie.
Dzisiejsza Hunza to przede wszystkim Karakoram Highway: licząca tysiąc trzysta kilometrów droga, prowadząca śladami dawnego Jedwabnego Szlaku aż do Kaszgaru w Chinach. Zbudowana wspólnie przez Chińczyków i Pakistańczyków i otwarta w 1986 roku na zawsze położyła kres izolacji i tajemniczości królestwa. Przybywają nią tłumy turystów; to dla nich powstają nowoczesne, ekskluzywne hotele o białych ścianach i wielkich tarasach, z których mogą podziwiać panoramę Rakaposhi (7790 mnpm). Niechętnie patrzyliśmy na ekspansję współczesności, ale czasem trudno było nie skusić się na marsa czy coca-colę.
Kilka dni spędziliśmy w tym niezwykłym miejscu, tylko na noc wracając do ciasnych klitek naszego starego hoteliku. Godzinami włóczyliśmy się pośród tworzących istny labirynt kamiennych domostw, murków, schodków, zaułków i stromych ścieżek. Za każdym zakrętem napotykaliśmy sceny jakby stworzone dla fotoreportera: bawiące się dzieci, siedzące na progu staruszki, dziewczęta z koszami winogron. Niestety, niewiele z tego udało się uwiecznić na kliszy, gdyż w Pakistanie kobiet nie wolno fotografować.
Wiosną, gdy góry okryte są jeszcze śniegiem, w zielonych wioskach zakwitają tysiące drzewek morelowych – widok z pewnością jedyny i niepowtarzalny. Te smaczne owoce w samym tylko Baltit uprawiane są aż w dwudziestu odmianach! My dotarliśmy tu dopiero we wrześniu, już po zbiorze owoców, gdy dachy zdobiły złote kobierce suszących się moreli. Kupiwszy sobie na pociechę cały ich worek, opuściliśmy gościnną Hunzę.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 License