Z pamiętnika Włóczykija

Zapraszamy do (długiej) lektury wspominkowej, czyli wyimków (obszernych) z Wojtkowego dziennika podróżnego. Ech, łza się w oku kręci…

Barguziny ‘92 – klubowa wyprawa SKG

31.07 Pociąg ma pół godziny opóźnienia. Ledwie wsiadamy, bo ludzi mnóstwo, ale na Wschodnim jeden przedział pustoszeje. Do Brześcia dojeżdżamy bez problemów, tyle że stajemy kawał przed stacją. Sporo ludzi wysiada i idzie piechotą, więc idziemy z Rafałem na spacer. Ledwie odchodzimy kawałek, a już podjeżdża lokomotywa i ciągnie nas na stację. Tu mamy 7 godzin do odjazdu plackarty do Moskwy. Zajmujemy ławkę w poczekalni na świeżym powietrzu i grupkami wychodzimy „w miasto”. Nudy.
O czasie (omal się nie spóźniamy) ładujemy się w pociąg, kupujemy pościel, śmietanę („sliwki”, znaczy się) i idziemy spać.

1.08 Zaczynamy od arbuza, potem każdy bierze się za swoje zajęcia – ja zaczynam pisać. Nudno i gorąco, okno się oczywiście nie otwiera. Przed szóstą, po trzygodzinnej partyjce „Magii i miecza” dojeżdżamy do Moskwy. Tu oczekuje nas już pani, z którą mieliśmy łapać kontakt. Mamy 3 godziny do odjazdu pociągu do Irkucka, więc pani zabiera nas do siebie: możemy się wykąpać, napić herbaty– i na dworzec Jarosławski. Docieramy na miejsce o 21.05, pięć minut przed odjazdem. Pociąg nazywa się „Bajkał” i Irkuck jest jego stacją docelową. Obsłudze w pale się nie mieści, że jedzie nas tylko 6 osób, a mamy wykupione 2 pełne przedziały. Idziemy spać. Okna się otwierają!

2.08 Koło 10.00 postój w Kirowie, 20 minut, więc idziemy (z Rafałem i Butoldem) na zakupy. Kupujemy jajka, arbuzy (40,– Rb za kg), winogrona (100,– (!) za kg) i duperele. Od południa – 12-godzinna partyjka „M&M”. Obeszło się bez obiadu, wygrała Ania.
Przejechaliśmy przez Ural, ale niewiele było widać.
Winogrona są tu 150 razy droższe niż 2 lata temu w Samarkandzie (0,60 Rb kg).
Przejazd przez zachodnią część Syberii to jedno pasmo bagien, mokradeł i lasków bezlistnych brzóz. Podobno brzozy tak schną na bagnach.

3.08 Głównie „M&M”, z przerwą na obiad. Idziemy do „restorana”, a tu kiepściunio: kawałki tłuszczu, makaron, marynowany ogórek (a Butold tłumaczył, że ma być schabowy). Po powrocie drugi obiad, jakieś pierożki z mięsem – niezłe. Po „M&M” – rozrywki intelektualne, czyli „Jojo” z wariacjami. Zabawa świetna, do 1.30 (czasu moskiewskiego). W przerwach arbuz, pomarańcze.

4.08 Senna atmosfera, za oknami szaro. Przejechaliśmy Jenisej (Irtysz i Ob były wczoraj). Gramy w ‘Boticellego”, całkiem niezła zabawa. Na obiad kuskus i „frutti di mare”, ale ja zjadam samą kaszkę (mam coś z brzuchem). Pakujemy się. Zapowiada się druga noc (po 1.08) bez sublokatorów; dotąd zawsze się ktoś trafił. Bo oczywiście dodatkowego przedziału nie utrzymaliśmy w całości dla siebie.
Wczoraj nawiązaliśmy ciekawą rozmowę z Buriatką z Siewierobajkalska, która pracuje w jakimś biurze turystycznym. Wiemy już sporo o komunikacji i atrakcjach (muzeum etnograficzne w Ułan-Ude); mamy też jej adres, może będziemy tam nocować.
Zabawne: na całej ponad 5000-kilometrowej trasie prawie nie łapiemy spóźnienia. Niecałe 80 godzin jazdy daje przeciętną 65 km/h. No, no…
Megafony na stacjach zdają się nie służyć pasażerom, a tylko obsłudze dworca do prowadzenia długich, fascynujących dialogów. Jest noc, właśnie stoimy na jakiejś stacyjce i słucham sobie takiej wymiany zdań. Na niewyraźne (i dla mnie niezbyt zrozumiałe) dźwięki nakładają się jakieś wielokrotne echa, pogłosy. Momentami przypomina to utwór jakiegoś szalonego muzyka eksperymentującego z brzmieniem ludzkiego głosu.
Nie mogę spać.

5.08 Docieramy na stację o 4.44 (lokalnie 9.44). Następuje podział zadań: ja jadę obadać noclegi i sprzedać walutę, Paweł z Gośką załatwiają bilety na wodolot z portu Bajkał (gdzie dotrą autobusem), a reszta pilnuje worów na dworcu. Ja jeszcze mam się dowiedzieć o przełożenie biletów1; zajmujące się tym biuro leży gdzieś w centrum – w przeciwieństwie do dworca. Decydujemy się na taksówkę do centrum, dosiada się Butold i jedziemy. Taksówkarz twierdzi, że bilety na rakietę (wodolot) można kupić tu, w Irkucku. Jedziemy więc na przystań, najpierw jedną, blisko, potem na inną, pod miastem – i faktycznie kupujemy bilety: na dojazd do portu Bajkał2 i „przelot” do Siewierobajkalska – te drugie po 260 Rb. Trzeba będzie oddzielnie opłacić bagaż.
Wracamy do centrum. Wraz z Małgorzatą stajemy w kolejce po bilety, chłopaki idą sprzedać $$, a potem razem idziemy szukać noclegu. Wodoloty kursują co dwa dni, a że jeden był właśnie dzisiaj, mamy trochę czasu.3 Jeszcze od taksiarza wiemy, że na ul. Bajkalskiej znajdziemy akademiki (nocleg w hotelu 1500 Rb). Faktycznie, po godzinie czekania mamy 3-łóżkowy pokój. Idę z Gośką na zakupy, Paweł i Butold jadą po resztę na dworzec (nocleg – 20 Rb).
Idziemy do kina na „Deadly Dancer” – amerykański kryminał z lektorami. Nudy. Łeb boli mnie coraz bardziej. W nocy nie śpię.

6.08 Budzę się dość wcześnie (ciągle nie mogę się przestawić); nie jem. Po pabialginie głowa mija, ale kiedy wszyscy wychodzą do miasta, ja wolę jeszcze poczekać. Umawiamy się o 16.00 na placu Kirowa (kto to jest?).
Sądzę, że będzie co pisać o Irkucku; do 20.30 łazimy po mieście. Sporo domów drewnianych robi wrażenie pamiętających pierwszych zesłańców. Większość z nich w opłakanym stanie, prawie wszystkie jednak zdobione, rzeźbione, czasem z malowanymi okiennicami. Okna niektórych zaczynają się na poziomie gruntu, jakby zapadły się w zmarzlinę – albo jakby kilka warstw asfaltu wylano już po ich wybudowaniu. Wyglądają ładnie, choć biednie. Nie brakuje też bloków mieszkalnych, jednak dominujące wrażenie – to bałagan, typowy, radziecki bajzel. Rozjeżdżone torowiska, wykopy, chamstwo na ulicach (klaksony zamiast hamulców).
Odwiedziliśmy dwie cerkiewki nad brzegiem Angary. Rzeka wygląda na czystą i płynie całkiem wartko. W jednej z cerkwi jest dziś muzeum przyrodniczo – etnograficzne: wypchane zwierzątka, manekiny Ewenków, wyroby ich rzemiosła, narzędzia etc. Prócz tego jakaś biżuteria z kamieniami (do kupienia). Nie wiem, jakie muzeum jest w drugiej cerkwi. Prócz tego znaleźliśmy kościół katolicki jakoś związany z polskimi zesłańcami (związków tych nie udało mi się do końca rozszyfrować). W środku od 1978 roku jest sala filharmonii, ale od roku dwie maleńkie salki przeznaczone są dla Polaków. Modlitwy odbywają się codziennie o 9.00 i 18.00, choć dziś akurat nie było księdza. Kościół neogotycki, ale jego początki sięgają 1826 roku (wtedy był jeszcze drewniany).
Kupiliśmy ładne mapy „Oziero Bajkał” w skali 1:1.000.000. Może będziemy na nich chodzić.
Po powrocie prysznic.
Jest 1.00, mamy wstać o piątej. Czas spać.
Co za ludzie – nikt nie chciał ze mną zjeść zguszczonki!

7.08 Wstajemy jeszcze przed 5.00 i szybko bierzemy prysznic. Potem równie szybkie śniadanie i wychodzimy na przystanek. Autobus (nr 7 lub 16) dowozi nas na przystań już koło 7.00. Mamy więc czas w sam raz na arbuza. Niestety pogoda jest mało obiecująca, zbierają się chmury. W dodatku po małym zamieszaniu tracimy szansę na miejsca siedzące w pierwszym, dojazdowym wodolocie. W porcie Bajkał przesiadka na „Kometę”; na szczęście tu miejsca są numerowane, więc spoko. Troszkę się przejaśnia (wyprzedzamy chmury?) Jedziemy cały czas bliżej zachodniego brzegu, więc to jego urodę możemy w pełni podziwiać: wpadające do wody skały; idylliczne górskie dolinki, porośnięte trawą, którymi nie płynie żaden potok, a które otwierają się wprost na jezioro; bliżej Olchonu (i na samej wyspie) krajobraz troszkę bardziej surowy: łączki, trochę skał, poza tym łyso. Wkrótce za Olchonem (po zrobieniu mnóstwa zdjęć) idę się trochę przespać; wygodne, autokarowe fotele dają to minimum komfortu niezbędne do krótkiej drzemki.
Na wodolocie spotykamy grupkę Polaków, którzy już jakieś trzy tygodnie kręcą się tu, w okolicach Bajkału. Dowiadujemy się paru ciekawych rzeczy: jakiś adres w Ułan-Ude, gdzie można wymienić dolary i kupić bilety do Mongolii; ciekawostki o górach (choć nie tych, w które się wybieramy), których niestety nie pamiętam.
Po 10,5 godzinach i około półtorej rolce filmu docieramy do portu. Kręcimy się niepewnie, a tu czeka już na nas nasza znajoma z pociągu – Buriatka. Sam port niewart wzmianki, straszna dziura: dwa dźwigi i budynek z cegły (kapitanat?). Sto metrów dalej wzdłuż Bajkału biegnie BAM. Miasta nie widać.
Noc spędzimy kilkaset metrów od portu, na wysokim brzegu, w remontowanej kawiarence „Wołna” („Fala”). Nasi znajomi jadą po zapasy i zaczyna się impreza. Dostaję kromkę ze słoniną (Rafał chętnie zje), potem „uchę” – czyli zupę z gotowaną rybą (w całości – łebki, łuski, oczka, ogonki). Wygląda obrzydliwie, ale ta odrobina, która zjadam, jest niezła (choć pływają w niej nie do końca rozmrożone kawałki rybek). A w ogóle zaczęło się od wódki i całego rytuału następującego tuż po jej otwarciu. Cztery razy zamaczasz serdeczny palec prawej ręki w kieliszku i strzepując na cztery strony mówisz: „Bogu, soncu, niebu, ziemle – ostalnoje mnie” (czyli „Bogu, słońcu, niebu, ziemi – a reszta dla mnie”), po czym spełniasz toast (przynajmniej odrobinę; Rafał twardziel wypił do dna). Oczywiście płonie ognisko. Kąpiemy się w dość chłodnym Bajkale.
Ale się wnerwiłem – jeszcze dzień siedzimy. Bezpośrednim powodem jest szansa załatwienia siatek na komary, jakby nie można było tego zrobić nie ruszając się z domu.
Śpimy na odkrytym tarasiku kawiarni. Bajkał lekko faluje, cicho szumi, niebo wygwieżdżone – pięknie… Wypatrujemy spadających gwiazd i ustalamy rytuał wypowiadania życzeń.
Butold w jakimś zamieszaniu nabawił się imienia (przezwiska?) „Paweł”. Dziwne.

8.08 Budzi nas upał. Słońce grzeje makabrycznie, chociaż jest dopiero koło 9.00. Idziemy się szybko przekąpać. Świetna sprawa, bo Bajkał trochę się wzburzył; nie pamiętam, kiedy ostatnio pływałem przy takiej fali. Butold zawozi bagaże do naszej gospodyni, po czym ładujemy się w dwa żiguli i jedziemy na wycieczkę drogą na północ, wzdłuż BAMu. Punktem docelowym jest Chołodnieje, wioska, w której do dziś mieszkają Ewenkowie.
BAM zaczęto budować w 1974 roku, a imprezę zakończono w latach 80-tych. Tak niedawno, ale i tak cztery „mysowyje tuneli” (mys – to taki występ lądu wrzynający się w jezioro) na odcinku Siewierobajkalsk – Niżnieangarsk budowano „po trupach”. Pracowali przy tym więźniowie, z których życiem nikt się, rzecz jasna, nie liczył. Siewierobajkalsk jest ponoć dwa lata młodszy od BAMu.
W okolicy Niżnieangarska zaczyna się „sor”, czyli teren nieziemsko podmokły i bagnisty; tak uchodzi do Bajkału Angara, wypływająca ponownie koło Irkucka. Marzy mi się przejście (przepłynięcie?) tędy; taki zresztą był jeden z wariantów trasy wyprawy – teraz śmiało mogę go ocenić jako chory. Jednakże okolica wygląda niezwykle malowniczo. Może kiedyś…
Nieżnieangarsk to wiocha zbudowana z drewnianych domów przy jednej asfaltowej drodze, a jednak mają tu lotnisko, a samoloty latają nawet do Moskwy. Spotkani na „komecie” Polacy twierdzili, że bilety kupuje się bez problemu (za 360 Rb… chyba mi się coś popieprzyło, bo wychodzi taniej niż pociągiem).
Mijamy kolejną wioskę. Droga, malowniczo wcięta w stromy brzeg, kojarzy mi się z amerykańską autostradą wzdłuż Pacyfiku (tak ją sobie wyobrażam, choć tam zapewne nie widać drugiego brzegu).
Docieramy do Chołodnieje, odwiedzamy jakąś ewenkijską babcię, od której (po 100 Rb) kupujemy dwie zszyte z futerek ozdobne makatki czy dywaniki (makatki to to może nie są, ale wyrób wielkości 2-3 dłoni na nazwę dywanika nie zasługuje). Robimy zdjęcie babci, górom, wskakujemy w auta i chodu. Pozostaje niesmak. Tak chyba wyglądają turyści z Zachodu: zaliczenie, zero wrażeń, kontaktu, kupa forsy, aparaty, ciemne okulary, minimum czasu niezbędne na zdjęcia, kupno pamiątek i w drogę. DNO.
W drodze powrotnej wpadamy do księgarni i w drodze kupna nabywamy „Pamiatniki prirody Buriatii” – ciekawa pozycja, za 1,20 Rb.
Wracamy do mieszkania naszej gospodyni (która nazywa się Cypa Ponomarienko, jej mąż jest Ukraińcem; tak w ogóle Buriaci to buddyści) w sam raz na obiad. Jemy rosół, niezły, tylko mięsa nie mogę pogryźć, bo gumowate, i rybę na surowo, prawie zamarzniętą, za to z mieszaniną soli i pieprzu. Potem jedziemy oblukać Siewierobajkalsk: Muzeum BAMu, galeria obrazów, średnie atrakcje… Miasto dość standardowe – nowe osiedla bloków, a obok drewniane chałupy przy żwirowych i asfaltowych drogach. Typ radziecki.
Po powrocie kolacja. Przygotowujemy „narodową polską potrawę”, czyli kupioną przeze mnie (w puszkach) kaszę gryczaną z mięsem i grzybami plus groszek konserwowy. „Narodowość” dania bierze się stąd, że koniecznie trzeba się tych puszek pozbyć, a to daje niezły pretekst. Schodzi się sporo gości, między innymi pojawia się Buriatka o dźwięcznym imieniu Sy-Syk (czy jakoś tak) i urodzie porcelanowej lalki, z ludowym instrumentem zwanym „jataga”. Jest to długie na jakieś 120 cm pudło rezonansowe, prawie prostokątne, z 13 strunami, które podparte w różnych punktach drewnianymi kołeczkami wydają dźwięki o różnej wysokości. Brzmienie, jakiego mógłbym się po czymś takim spodziewać, mają tylko najcieńsze struny (może ze sześć), reszta brzmi prawie jak gitara. Wszyscy Buriaci śpiewają.
Butold wygłasza przy tej okazji fantastyczną sentencję: „Rosjanie to muzykalny naród. Dużo piją” (oczywiście po rosyjsku, co trochę ułatwia pomyłkę).
Ponieważ do każdego posiłku wypija się tu odrobinę wódki, wychodzi na to, że w życiu nie wypiłem tego szlachetnego trunku tyle, co tu, na wyprawie.
Dzień minął, siatki nie załatwiliśmy. „Przejebane”, cytując Helmuta.
Mimo bacznego śledzenia doniesień z olimpiady nie możemy się nic dowiedzieć o Polakach.
Idziemy spać. Wstać trzeba o piątej.

9.08 Trochę zaspaliśmy, ale to nic. Po pożegnalnym śniadaniu (makaron i herbata) wychodzimy do portu. A w porcie nie ma „Irkucka”, statku, który miał nas przewieźć przez Bajkał do Chakusów. Próbujemy z innymi, mniejszymi, ale okazuje się, że nikt nas nie weźmie bez zezwolenia. Impas.
Już zaczynamy kombinować coś z pociągiem, z autobusem, gdy podchodzi jakiś facet.
– Wy inostrancy? – pyta. – Poliaki?
I zabiera Pawła (jako wicekierownika) do samochodu. Okazuje się być szefem miejscowego KSSu (Kontrolno-Spasatielnej Służby). Dzięki niemu wiemy już, że obcokrajowców dzień w górach kosztuje 300 Rb (w rezerwacie 400), a kary sięgają 9000 Rb. Tubylcy dziennie płacą 80 Rb.
Ale i tak trzeba jeszcze dzień poczekać na pozwolenie. Kiepsko.
Idziemy znaleźć miejsce na obozowisko i znajdujemy małą polankę na wysokim brzegu. Długa kąpiel. Zaczynamy robić obiad, a tu przychodzi jakiś Rosjanin i mówi, że jest okazja popłynięcia w góry: jakiś wojskowy stateczek miałby tam zawieźć naszą i jego grupę. Po targach płacimy 2500 Rb i dwie flaszki za kurs. Razem jest nas dziesięć osób.
Nie jest to raczej wojskowa maszyna, ma za to prawdziwy „ekran Kenta” (chyba tak się to nazywa: taka mała, obrotowa szybka w sterówce – jak się szybko kręci, to ani deszcz, ani śnieg jej nie rusza).
Wyruszamy około 18.00. Barguziny całe we mgle i chmurach – nie widać brzegu, atmosfera i pogoda jak w historii o przemytnikach, tym bardziej, że po chwili znika także zachodni brzeg.
Grupa Rosjan (trzech facetów i kobieta) planuje odpocząć nad jeziorem Froliha, a potem dojść do Tompudy i spłynąć. Mają ze sobą gumowe balony – pływaki do budowy katamaranu.
Entuzjazm nasz troszeczkę opada, gdy za sprawą jednego z Rosjan uświadamiamy sobie, że i tak mogą nas zawrócić. Nic to, mamy udawać Estończyków z Tartu (słaby rosyjski).
Lądujemy w uroczej zatoczce Ajaja. Nasz Ruski wszystko sprawnie załatwia i płacimy 2400 Rb. Chyba mamy pozwolenie na dwa dni.
O tajdze można by pisać godzinami, mimo że to tylko pierwsze wrażenie. Kolory – intensywna zieleń drzew, sinobiałozielony dywanik chrobotka reniferowego (świeżego, w kraju zawsze widziałem suchy), różowo-niebieskie niebo, żółta piaszczysta plaża i Bajkał; mocny zapach sosny; góry zalesione, ze skalnymi grzebieniami. Efekt psują tylko wydeptane ścieżki, chodzi tu kupa ludzi.
Na kolację ryż po indonezyjsku i glut z owocami. Zapada decyzja: jutro ruszamy razem z Rosjanami nad jezioro Froliha.
Zamieniam się z Gośką na namioty (ja śpię z Rafałem, ona z Pawłem).
Na koniec nocna, ostatnia kąpiel w Bajkale. Ziiimno.

10.08 Trochę zaspaliśmy. Będziemy próbowali dojść do Froliha.
Zaczynamy ostro (cały czas z tą samą grupą Rosjan). Trochę bagienka, ciepło; tajga coraz piękniejsza. Przystajemy na rumowisku wielkich głazów. Pojawia się trochę komarów.
Nagle dochodzimy nad wodę (wypływ z Froliha) i okazuje się, że trzeba się przeprawić. Wody nie za wiele, ale w najgłębszym (i najbystrzejszym) miejscu Butold traci grunt. Jest parę metrów do przepłynięcia. Zaczynamy kombinować, a tu Rosjanie (a właściwie Baszkirzy) postanawiają zbudować tratwę. Mają 4 gumowe dmuchane pływaki (zamierzają spływać Tompudą), teraz do budowy „katamarana” użyją dwóch. Wycięcie odpowiednich brzóz, związanie szkieletu i umocowanie balonów zajmuje im (i nam) około 1,5 godziny. Przeprawa nie trwa zbyt długo, ale ponieważ idę boso (bo kapcie spadły mi z nóg) jest dość niemiło: zimna woda, ostre kamienie… Ale na pociechę dostajemy po łyku spirytusu od naszych przyjaciół, który to łyk Paweł wlewa sobie do tchawicy – i przestaje mówić (na jakiś czas). My częstujemy czekoladą.
Idziemy brzegiem jeziora, a wygląda to bosko – wokół góry, góry, góry… idzie się miło – trochę kamulców, trochę mokradeł. Na noc stajemy na malutkiej „plaży”.
Wieczorkiem zostajemy jeszcze zaproszeni do Rosjan na herbatę „bajkalską” – ze wszystkiego (jest tu bagno, którego wszędzie pełno, jest brusznica, spirytus i parę innych rzeczy). Niezłe.

11.08 Wyruszamy dalej brzegiem jeziora i to samym brzegiem, czyli po wystających z wody głazach (kamienie są tu zresztą wszędzie, tyle że w lesie porośnięte mchem). Pokonujemy kilka odnóg Prawego Froliha, wpadającego tu do jeziora. Woda lodowata, ale maks po pierś.
Potem się kąpiemy; sceneria jak z bajki: otoczone wysokimi, skalistymi górami jezioro, poniżej skał gęsty las. Magia. Wcześnie dochodzimy na plażę, gdzie stanie obóz i rozbijamy namioty, bo szykuje się burza. Chmurzy się, grzmi, nawet trochę kropi. Próbujemy łowić ryby, ale bez powodzenia.
O 16.15 zapada decyzja – idziemy na rekonesans na najbliższy szczycik. Rafał zostaje.
Godzinę drzemy przez wilgotną, gęstą tajgę, głównie po porośniętych mchami i porostami głazach. Rośnie tu sporo bagna, które w połączeniu ze świerkiem tworzy woń nie do zniesienia – intensywną, drażniącą, ciężką i usypiającą. Jest też sporo brusznicy.
Wychodzimy powyżej lasu. Tu na kamieniach rosną śmiesze porosty, o kolejnych warstwach układających się w kółeczka. Oprócz tego – kosówka. Podobno w Gorganach jest dość podobnie, choć mniej dziko. Kamienie, nawet te duże, ruszają się pod stopami często i swobodnie. Nie chciałbym schodzić tu po ciemku.
Idzie mi się ciężko, jestem potwornie senny, zasypiam na postojach, aż w końcu decyduję się zostać. Beze mnie szybciej dojdą na górę, a wtedy może uda się wrócić przed nocą. Nie chcą mnie jednak zostawić i w efekcie nie dochodząc na szczyt schodzimy wszyscy.
Dochodzimy do obozu jeszcze przy świetle dziennym (!). Zasypiam na stojąco, nie mam ochoty jeść; coś tam przekąsiwszy walę się natychmiast spać.

12.08 Po śniadaniu ruszamy doliną Prawego Froliha. Idziemy przez cholerny gąszcz, bagna, wszystko w tysiącach odcieni zieleni. Jest gorąco, bo słońce praży ostro, wszyscy jednak posuwamy w anorakach. Oczywiście – komary; na jednym z postojów biję swój rekord – 25 trupów od jednego uderzenia dłoni.
Przeprawiamy się parę razy, przechodzimy (już standardowo) parę mokradeł. Buty mi się kończą: prawy pęka z boku od wewnątrz, lewy rozpruwa się i rozkleja z tyłu.
Góry dalej fenomenalne – skalne grzebienie, gorgan-gigant, mchy, grzyby, gąszcz.
Dziś na obiad grzyby: kozaki, maślaki, podgrzybki.
Piękna jest też rzeczka: niżej ostry, górski bieg, tu, wyżej – błękitnosine rozlewiska i plaże. Nocujemy na małej kamienistej wysepce.
Muszę wreszcie zrobić zdjęcia oddające należycie charakter tajgi; dotąd zawsze brakuje mi światła, obiektu, ochoty.
Cały czas idziemy z Rosjanami – oni, rzecz jasna, w kaloszach.

13.08 Dalej tajga. Uwagę przykuwają drzewka z gałęziami obwieszonymi jakimiś mchami; długie zasłony zwieszają się na kilkadziesiąt centymetrów. Przypomina to fotkę „Himalajsky les” z „Ostrav w oblacich”.
Powoli rutyną stają się przeprawy i mokre buty (rzeczki przechodzi się czasem naprawdę niełatwo). Posuwamy się lewym zboczem doliny, pojawia się coraz więcej gór. Idąc skalnym rumowiskiem, w dość sporych odstępach, wyglądamy jak ludzkie figurki zagubione w serakach Ice Fallu pod Everestem. Skala podobna.
Powoli widać, że dolina się kończy, obraz staje się coraz bardziej majestatyczny. Dotąd wyglądało to jak Kanada z folderów i filmów przyrodniczych: rwące potoki w zalesionych dolinach, wysokie skały nad samą wodą, piękny las. Obłęd. Teraz góry dominują, zarówno te przed nami, jak i te widziane z tyłu.
Zaliczamy po drodze fenomenalny (ze 40 metrów) wodospad. Można nawet usiąść na krawędzi płyty, z której spada woda.
Znów grozi nam burza, przewalają się chmury, trochę grzmi. Wcześnie stajemy.
Las wilgotny. Bardzo różnorodna roślinność, ale przede wszystkim grzyby (znalazłem pięć prawdziwków). Są tu też fantastyczne porosty, z czerwonymi zakończeniami przypominającymi miniaturowe różyczki.
Martwię się trochę o buty.

14.08 Wychodzimy koło 9.30. Cały czas lewym skłonem doliny, po ogromnych głazach porośniętych potworną kosówką. Męczy to bardzo, więc często przystajemy.
Wiem już, że do Kanady jedzie się 5 dni – przez Irkuck i Siewierobajkalsk. Tu jest cudownie.
Niestety nie widujemy tu wielu zwierząt. Sporo tylko komarów i muszek, czasem trafi się burunduk (to taka żółto-czarna myszowiewiórka), dziś widziałem szczekuszkę. Po prawej mijamy skałkę („Zamok”), która widziana z dołu kojarzy mi się natychmiast z Trango Tower: samotna i niedostępna na tle błękitnego nieba.
Rafał załatwił sobie staw barkowy, huśtając się na kosówce (pewnie by się obraził, gdyby widział, że tak to zapisałem).
Idziemy dziś do końca – na przełęcz, ku której zmierzamy już parę dni. Mijamy polodowcowe kociołki, przed nami majaczą potężne skalne bariery, cały czas tuż obok szumi strumień. Dochodzimy wymęczeni, ale szczęśliwi. Miejsce piękne – dookoła góry, a przed nami jeziorko.
Od jutra będziemy sami (przynajmniej jakiś czas) – Baszkirzy idą dalej, my zostajemy jeden dzień.

15.08 Znów skoczymy na lekko na pobliską górę. Gośka zostaje.
Rosjanie odchodzą. Wymieniają adresy (z Butoldem i z Rafałem), dostają 2 paczki „Marsów” (papierosów), film (który Butold dał mi w pociągu, czyli przeterminowany o dwa lata ORWO) i pół mydła; my w zamian dostajemy sól z mikroelementami – do picia.
Szybkim krokiem dochodzimy do podnóża górki. Dalej już tylko skała, więc wchodzimy na grań i lecimy przed siebie. Właściwie bez przerwy trzeba używać rąk. Kamienne płyty, bloki, żlebiki z odrobiną trawy – i tak cały czas.
Jesteśmy już blisko szczytu, gdy małym zacięciem wpieprzam się na główną grań. Tą samą drogą nie dam rady zejść, więc pozostaje mi tylko biegnąca ukośnie w dół szczelina, w której ledwie się mieszczę, a która jest piekielnie eksponowana na drugą stronę grani… Ledwie zszedłem. Ostatni raz się tak bałem na grani Koriackiego.
Wchodzimy na górę, a tu okazuje się, że są jeszcze dwa skalne pipole wyższe od naszego; Butold wchodzi na drugi z nich, a stamtąd widać jeszcze wyższy! Ale nie pchamy się wyżej, bo zejście i tak zajmie sporo czasu.
Mnóstwo tu pięknych ścian.
Nici z integracji grupy, deszcz zagania nas do namiotów. Krótka przerwa w siedzeniu „pod dachem” – na obiad, druga na gluta.

16.08 Zbieramy się niemrawo. Mamy z Rafałem wachtę i rozpalenie ogniska wymaga sporo czasu, tudzież jednej świeczki.
Idziemy szeroką, płaską doliną. Tu zaczyna się Tompuda. Wokół góry, a w środku łączka jak boisko. Wybieramy się na małą przełączkę i tuż poniżej gotujemy zupkę (pierwszy raz na bleuetach!). Maszynki buczą wesoło w uroczym, zacisznym miejscu. Po obiedzie docieramy do grani. Gośka cały czas namawia brata a to na owoce, a to na czekoladę… Dzięki jej zabiegom dyplomatycznym chyba sporo przekraczamy normę.
Chodzimy sobie granią, skąd otwierają się fantastyczne widoki na okoliczne dolinki z jeziorkami (19 jezior widocznych jednocześnie!).
Butold już drugi dzień skarży się na jakąś infekcję gardła, Małgorzata chyba też zaczyna chorować. Schodzimy niełatwym terenem skalisto-trawiastym do dolinki z trzema szmaragdowymi jeziorkami. Muszą być cholernie zimne, bo w dwóch z nich pływają tafle lodu (śniegu?); urządzamy krótki konkurs rzucania kamieniami do kry, ale zwycięzcy nie udaje się wyłonić. Na nocleg stajemy kawałek dalej, w przepięknym miejscu: z trzech stron skały, z czwartej widok na dolinę Tompudy i góry, góry, góry…
Świetnie też wygląda dolina, a raczej kanion strumyka, przy którym nocujemy. Jutro muszę zrobić parę zdjęć. Zresztą najbliższych parę dni mamy iść wzdłuż Tompudy i po tym też sporo sobie obiecuję.
Przelotny deszczyk, uniemożliwiający wysuszenie prania, nagradza nas wspaniałą tęczą. Ciekawe ile urody tego miejsca uda się oddać na zdjęciach.
Gośka choruje, prawie nie wychodzi z namiotu.
Góry są nie do opisania!

17.08 Wychodzimy po 9.00, każdy jak chce; mamy się spotkać za godzinę u ujścia naszego potoczku do Tompudy. Ania i ja idziemy lewym brzegiem (choć oddzielnie) – mam parę zdjęć do zrobienia. Reszta posuwa po prawej stronie; Butold solo na czele.
Na początek funduję sobie znowu trochę mocnych wrażeń. Szukając dogodnego miejsca do zrobienia wodospadu, prawie spadam z omszałej ściany, kiedy wyjeżdża mi spod ręki chwyt wielkości plecaka. A pode mną kilkanaście metrów skały i kipiel. Robię zdjęcie z innego miejsca, potem trawersuję zbocze doliny do kolejnego wodospadu. Po drugiej stronie – istny kanion, skały na jakieś 20 metrów. Wychodzę na grzbiecik i zaczyna się dżungla – kosówka i podobne, tyle że liściaste, zarośla; ledwo wystaję ponad nie. Po wczorajszym deszczu zbieram całą wodę z krzaków na spodnie. Wreszcie dostrzegam czekającego Butolda i wkrótce do niego dołączam. Teraz brakuje tylko trójki z drugiego brzegu. Kiedy ich wypatrujemy, mają akurat postój na jagody. Wkrótce spotykamy się wszyscy na ryżowisku – tak nazwałem sobie teren, przez który idziemy zresztą przez większą część dnia: kałuże wody, w nich jakieś trawki (jak sadzonki ryżu).
Cała górna część doliny Tompudy jest płaska i rozległa, woda spływa stąd bardzo niechętnie. Dlatego też są to jedne wielkie mokradła, z cała gamą bagiennej roślinności: borówki (tzn. jagody), mchy i porosty, liściaste zarośla od pół metra do dwóch metrów wysokości, miejscami potwornie gęste. Wszystko kolorowe: czerwone, żółte, brązowe, pomarańczowe, zielone, srebrzyste… Mimo że nic nie kwitnie. Na razie chyba najbardziej mi się tu podoba. Komarów jeszcze nie ma, gryzą za to ogromne gzy.
Idzie się raczej wolno, koło 15.00 solidny obiad nad rzeką. Wkrótce wchodzimy w las, choć niezbyt gęsty. Kończy się płaska część doliny. Grzybów jest tyle, że zarządzamy postój i wszyscy ruszają na grzybobranie. W kwadrans udaje mi się zabłądzić; nieźle. Szybko się odnajdujemy.
Idzie się już kiepsko, nastroje minorowe, mało rozmów. Jeszcze tylko na postojach krzeszemy z siebie resztki energii, by pożartować. W butach chlupie woda (w prawym co chwilę świeża), nogi bolą, gąszcz męczy. Goretexowe buty faktycznie nie przemakają (są suche, dopóki się naleje się górą); Gośka ma takie i nie narzeka. Według Butolda gdzieś w pobliżu powinna być chatka – zimowisko dla myśliwych, ale i tak po 19.15 stajemy na dobre. Mała platforma nad brzegiem to doskonałe pole namiotowe, jest już także miejsce na ognisko (niby takie dzikie góry…) Na kolację pół kociołka grzybów; nie doduszonych do końca, ale niezłych. Chyba polubię grzyby.
Koniec; wreszcie można zrzucić buty i dać odpocząć nogom. Można też skryć się przed małymi, wszędzie włażącymi i gryzącymi muszkami.

18.08 Na dzień dobry wysiadł nasz jedyny sprawny zegarek – Pawła. Wyruszamy i zaczynamy standardowo: bagno, mchy, strumyki-pułapki, o których istnieniu uprzedza tylko cichy bulgot, parę przelotnych deszczyków, aż wreszcie zaczyna padać na dobre. Wszystko mokre, z butami na czele, ale trochę mniej robactwa. Muszki cały czas wyjmuje się z oczu i uszu, wypluwa, wydmuchuje z nosa lub wykasłuje z gardła. Gryzą rzadko, ale ich przeznaczenie jest inne: one włażą. Wszędzie.
Komarów niewiele.
W deszczu docieramy wreszcie do myśliwskiej chatki, o której wiedzieliśmy, że ma być w pobliżu. Z komina leci dym. Podchodzimy, drzwi się uchylają, wysunięta z nich ręka zabiera siekierę i znika. Koło domu kręci się parunastoletni chłopak. Już zamierzamy minąć chatkę, gdy w drzwiach (malutkich) staje uśmiechnięty facet w panterce, mówiąc (oczywiście po rosyjsku):
– Wchodźcie, wchodźcie, nie bójcie się. Ogrzejcie się i napijcie herbaty.
Teraz już nie sposób się wymigać, chociaż trochę nam się spieszy. Zostawiamy plecaki, nakrywamy je folią i wchodzimy.
Niska izdebka, jakieś dwa i pół na trzy metry i niska (nie mogę się wyprostować), maleńkie drzwiczki i jedno przesłonięte folią okienko. Zbudowana z drewnianych bali i solidnie uszczelniona mchem. Mały piecyk z kominem, parę półek, miejsce do spania, dechy na podłodze.
Rozmawiamy sobie. Nasz nowy znajomy jest Białorusinem, ale teraz mieszka w Uojanie. My natomiast jesteśmy z „Pribałtyki”. Chłopak ma 14 lat i jest synem gospodarza.
Facet jest tu pierwszy raz latem, choć zimą przyjeżdża od pięciu lat. W obie strony śmigłowcem.
Częstuje nas herbatą, chlebem (!) i suszonym surowym jelenim mięsem. Suszy się je prosto: po zamoczeniu w słonym wrzątku wiesza się nad ogniskiem. Nie jest złe; mamy go trochę dostać, więc może spróbujemy ugotować.
Deszcz przestaje padać. Wychodzimy przed dom. Myśliwy wysyła syna po słoik tuszonki, którą sam zrobił. Ogrzewa zawartość nad ogniskiem i stawia na stole. Wygląda to-to jak zupa z podrobami (jelenimi, naturalnie). Z trudem łykam 2-3 kawałki; dobrze, że jest musztarda.
A do herbaty jest cukier! Wypijam dwa naprawdę słodkie kubeczki. Boska!
Potem Grigorij (tak ma na imię) prowadzi mnie kawałek w bagno, aby pokazać roślinę o bardzo dobrym i bardzo zdrowym korzeniu4. Parzą go razem z herbatą, co pokazywali nam już znajomi Baszkirzy. Zresztą czego się tu nie wrzuca do herbaty… Na przykład liście dzikiej porzeczki są OK.
Głupio wyszło, bo zostaliśmy rozszyfrowani. Grigorij poznał nasz język. Był w Polsce w 1968, po drodze z Czechosłowacji (po wiadomym wypadzie Ruskich). Zresztą Białorusinowi niewiele trzeba.
Zostawiamy w prezencie czekoladę, papierosy, dwie kiełbaski i gumę do żucia, w zamian dostajemy torbę mięsa, jeszcze trochę do kieszeni i zbrojnego przewodnika. Chłopak (Alosza) ze strzelbą w garści odprowadza nas do najbliższej rzeczki, którą przechodzimy po zwalonym drzewie. Dalej idziemy ścieżką (która zaczęła się jeszcze przed chatką). Wkrótce robimy postój – na zebranie grzybów (mnóstwo kozaków) i lunch. Do zupy parę maślaków i, tradycyjnie już, zebrany na bagnach szczypiorek.
Góry przypominają Bieszczady, a Tompuda płynie już dość żwawo 10-12 metrowym korytem.
Idąc cały czas ścieżką, wkrótce po przerwie wychodzimy na skalisty brzeg Tompudy, która tworzy tu kanion kilkunastometrowej głębokości. Niestety później ścieżka odbija w lewo i nie możemy już śledzić biegu rzeki.
Tajga – magiczna jak zwykle, wilgotna, omszała, ścieżka wydeptana w świeżym chrobotku jak w śniegu. Znajdujemy kilka miejsc po ogniskach, sporo puszek. W końcu po zapachu ogniska dochodzimy do obozowiska… naszych Baszkirów! Za dwa dni zamierzają wyruszyć stąd tratwą. Szkielet jest już gotowy.
Chyba nawala mi lewe ścięgno Achillesa. Dobrze, że jutro dzień odpoczynku.
Przez cały dzień mnóstwo jagód.

19.08 Wstaję późno. Sam robię śniadanie, bo Rafał poszedł na ryby. Potem czas na pranie.
Po praniu drzemka. Potem idziemy zobaczyć jak idzie łowiącym od rana Rafałowi i Butoldowi. Znajdujemy ich jakieś dwieście metrów w górę rzeki od nas. Butoldowi łowi się kiepsko, za to Rafał pożyczył od Kostii spinning i ma już trzy spore (30-40 cm) pstrągi. Na końcu żyłki ołowiany ciężarek z drewnianym pływakiem, wyżej w trzech punktach przyczepione trzy sztuczne muchy z haczykami. Daje się żyłce spłynąć nieco w dół rzeki, po czym ściąga się ją z powrotem, lekko poszarpując, żeby muchy podskakiwały na wodzie.
Łączny łup to trzy duże sztuki i cztery mniejsze (ok. 15 cm). Biorę się z Butoldem za oprawianie zdobyczy: skrobiemy ryby z łusek, obcinamy łby, przecinamy brzuchy i wyjmujemy wnętrzności. Bez emocji. Potem czeka rybki pieczenie w folii – tu pracami kieruje Ania.
Jemy je z ryżem i grzybami. Niezłe. Nie mogąc dłużej wysiedzieć na tyłku, idę na spacer wzdłuż Tompudy. Powinienem był się już przyzwyczaić, ale wciąż szokuje mnie ilość grzybów – maślaków bądź ile, kozaków dużo i to na każdym kroku. Ot, tajga.
Po powrocie długo w noc gotujemy. Placki ziemniaczane z proszku (za rzadkie, ciasto wyszło jak na naleśniki) smakują jak odsmażane pyzy. Smaczny za to jest gulasz z suszonego jelenia z grzybami i kuskusem. Tyle że gotować go trzeba ze trzy godziny.

20.08 Pogoda niezbyt nam sprzyja. Od rana leje (z krótkimi przerwami), a kiedy dość późno ruszamy (11.20), deszcz zaczyna się na dobre. Zresztą od paru dni mamy regularne „opady przelotne”, w dzień i w nocy.
Na koniec za rolkę filmu ORWO (takiego samego jak poprzednio) i małą przykrywkę dostajemy [od Baszkirów] pół butelki oleju.
Sytuacja trochę się komplikuje. Zdaje się, że jedzenia mamy na styk, kawał drogi do cywilizacji przed nami (gdzie by to nie było), a Rafał na dobre załatwił sobie staw barkowy. Za to na grzyby można liczyć – dziś oprócz standardowych gatunków znaleźliśmy masę rydzów. Szykuje się świetna kolacja.
Znaleźliśmy kolejną chatkę myśliwską – mniejszą (jakieś dwa na dwa metry), z okienkiem, piecem i małymi drzwiami.
Deszcz na krótko ustaje, dając nam czas na lunch, po czym leje dalej.
Solidną ścieżką dochodzimy na nocleg u ujścia potoku Niedźwiedziego(?) do Tompudy. Totalnie przemoczeni robimy wielki fajer, suszymy się, jemy (dużo soczewicy z ryżem, potem smażone rydze – miodzio!).
Idziemy wolniej niż planowaliśmy. Wciąż długa droga przed nami.

21.08 Od rana deszcz. Czeka nas niesympatyczna przeprawa. Pakujemy się w namiotach, gdy nagle Butold zarządza przerwę do lunchu. Idziemy z Małgorzatą na grzyby.
Ciekawe, czemu Butold tak łatwo odpuścił przeprawę. Zanosi się na dłuższy przystanek. Może ktoś jest chory?
A razie szykuje się żarcie – gulasz z jelenia i zupa grzybowa z maślakami.
Przestało padać.
Jemy, jemy, jemy. Zaczynam mieć dość grzybów.
Zaczynamy się zbierać, gdy… przypływają „nasi” Baszkirzy! Cumują, wyskakują na herbatkę. Butold dogaduje się z nimi (ciekawe, czy od początku liczył na taki układ): przewiozą swoim katamaranem dziewczyny i trzy plecaki. Nie wezmą nas wszystkich naraz, a na raty nie będziemy się wozić, bo chcą od razu płynąć dalej. Z drżeniem serca powierzam im swój plecak (wysyłamy trzy najcięższe) z aparatem, ale przepływają błyskawicznie i bez problemów. Teraz kolej na nas.
Rzucamy Ani linę, żeby umocowała ją na drugim brzegu (rzeczka ma niecałe 15 metrów szerokości). Potem kolejno przechodzimy: Butold, Paweł, Rafał i ja. Idę ostatni, bo bez plecaka, a bez plecaka, bo bez butów (Rafał pożycza kapcie od Butolda). Woda ma chyba poniżej 10 stopni, bo nogi od razu drętwieją. Wiążę się w pasie węzłem ratowniczym i wchodzę. Na środku nurtu mały obsuw i płynę, więc Butold ściąga mnie na linie. Już, już wychodzę na płyciznę, woda niewiele nad kostkę, gdy nagle… ostatnie potknięcie i nuruję na całego.
Nic to. Wycieramy się, ubieramy, pijemy herbatkę i w drogę. Mijamy kolejną malutką chatkę; wokół pogorzelisko i nieopisany burdel.
W pobliskim zagajniku natrafiamy na masę rydzów, naprawdę niesamowite ilości. Wobec tego szybko znajdujemy miejsce na nocleg. Na kolację – rydze na sto sposobów: troszkę smażonych, duszone, pieczone w ognisku, duszone z sosem. Tych ostatnich nawet nie próbowałem. Mam dość.

22.08 Wstajemy dość wcześnie i ruszamy ostro. Już trzeci dzień muszki nie dają żyć. Choć gryzą rzadko, to i tak można dostać szału. Po kolejnym ataku (trzy w ustach i dwie w nosie jednocześnie) zakładam moskitierę.
Wypogodziło się, od rana świeci blade słońce i jest cieplutko, ale nie zdejmuję ani anoraka, ani siatki z twarzy. Wór ciąży mi strasznie (musieliśmy odciążyć Rafała i mam teraz kilo kaszek ekstra), więc trzeba czymś zająć myśli. Układam listę żarcia, które zjem po powrocie. Od razu troszkę lepiej.
Szesnaście muszek od jednego ciosu ręką. Rekord.
Do lunchu przechodzimy około 15 kilometrów i jemy go już nad brzegiem Topo. Po drodze była znów jedna chatka, ślad po ognisku. Ścieżka jest wyraźna i dziś już niełatwo ją zgubić.
Buty pękają mi na wyścigi – teraz lewy z boku od zewnętrznej.
Idziemy. Długo i z krótkimi przystankami, lasem, więc nic nie widać. Masa grzybów. Zarówno ich ilość, jak i jakość (tj. wielkość) oszałamiająca: kapelusze wielkości dwu złączonych dłoni nie należą do rzadkości. Wśród jadalnych dominują maślaki, od białych, przez jasno- i ciemnożółte, zielonkawe do jasno- i ciemnobrązowych. Trochę kozaków.
Idzie mi się ciężko, żeby o tym nie myśleć, zaczynam wzorem Pawła szukać pestek z „kiedru” [limby syberyjskiej]. Niestety znajdujemy tylko cztery całe (no, prawie całe) szyszki; będą do wyprażenia. Poza tym trafiają nam się tylko resztki pozostawione przez burunduki.
Spisuję to sobie przy kolacji, obok szumi Topo, problemy dnia wydają się bardzo odległe – i kolejny raz dochodzę do wniosku, że makaron sojowy i proteina wcale mi nie smakują.
Za to szyszki z ogniska są świetne.
Trzeci dzień bez zdjęć (skłamałem: dziś jedno zrobiłem).

23.08 Na śniadanie – kaszka bez owoców i gorzka herbata z różą i liśćmi porzeczki. Idzie głód. Pogoda znów kiepska, choć na razie jeszcze nie pada. Zaraz za noclegiem Topo rozdziela się, a raczej łączą się dwie – Lewa i Prawa (a może Lewy i Prawy?), bo idziemy w górę rzeki. Przeprawiamy się przez Prawą. Kiedy można trzymać się liny i idzie się w butach (pożyczonych), jest nieźle, ale trzy kursy (bo wracam jeszcze po linę) do pół uda w lodowatej wodzie to spore przeżycie. Od razu ognisko, herbata, czekolada, w sumie półtorej, dwie godziny.
Wzdłuż Lewego Topo cały czas pomykamy ścieżką. Jest względnie sucho, ale mgły i chmury ścielą się nisko i naszej doliny prawie nie widać. Parę zdjęć robimy tylko przy przeprawie.
Muszki dalej nie dają żyć. Gryzą po twarzy i bardzo się po nich puchnie, więc już cztery osoby noszą moskitiery. Małgorzacie wystarczają włosy opadające na twarz, a Rafał muszki olewa.
Podczas lunchu zaczyna padać, więc po kwadransie wody z nieba i mokrego lasu (kiedy już idziemy) jesteśmy przemoczeni na wylot. Kiedy docieramy do kolejnej przeprawy (ścieżka przecina w tym miejscu Lewy Topo), jesteśmy tak mokrzy, że idąc za przykładem Butolda przechodzimy rzeczkę w ubraniach. Wody powyżej pół uda, ale w himalajach i spodniach nawet się nie marznie. Zresztą buty i tak mam totalnie mokre, bo prawy pękł już na całej długości, a lewy pionowo z tyłu. Zbieram do nich sporo błota.
Szybko maszerujemy na nocleg. Robimy duże ognisko, próbujemy się suszyć, a deszcz – po krótkiej przerwie – leje jak przedtem. Ogólne zniechęcenie.
W nocy pada.

24.08 Od rana deszcz. Niski pułap chmur nie obiecuje zmiany pogody, a brak wiatru zapewnia nam mokre krzaczory po drodze.
Pakujemy się w namiocie. Wszystko mokre, nawet notes i żarcie; trzeba mieć nadzieję, że mleko i kaszki nie zawilgotnieją, ale priorytety pozostają jasne: przede wszystkim suchy aparat, potem śpiwór, trochę karimata (z nią jest ciężko) i polar. Resztę olać.
Mokro, zimno, ręce grabieją. Pada cały czas z krótkimi przerwami. Praktycznie nic nie widać, tylko jeden krótki moment przejaśnienia i optymizmu.
Późno stajemy na lunch (bo i bardzo późno wyszliśmy). Tuż przed tym postojem idę sobie pierwszy przez kosówkę. Nagle czuję ból, jakbym dostał gałęzią w twarz, a zaraz potem drugi raz w czoło. To jakieś robactwo. Oganiam się gorączkowo i dwa metry przed sobą widzę gniazdo os.
Szybko puchnę (łuk brwiowy) i wieczorem widzę tylko na prawe oko. A to była taka piękna, kolorowa dolinka…
Po lunchu szybko się ściemnia, więc lecimy w dół do doliny (wyszliśmy dość wysoko) na nocleg. Szybka zbiórka drewna – i noc. Na przełęcz ciągle jeszcze kawałek.
Kończąc ten mokry, obleśny dzień efektownym (ale nieumyślnym) piruetem na błocku wylewam Butoldowi gluta, więc oddaję mu swój. Dla mnie zostaje pół kubeczka. Szkoda.
Dzień właściwie bez muszek.

25.08 Wstajemy z Rafałem wcześniej, bo mamy wachtę. Zamek namiotu zamarzł (!), na trawie szron, na namiocie szkli się cienka warstewka lodu. Oj, było zimno.
Na jedno oko w zasadzie nic nie widzę.
Ale wreszcie jest pogoda! Słońce, czyste niebo. Góry nad przełęczą w śniegu.
Zbieramy się szybko (jak na nas). Wychodzimy w krzaki, na szczęście suche, trochę podchodzimy… Wreszcie robimy zdjęcia!
Pokonujemy pierwszy próg naszej dolinki. Piękne jesienne kolory: żółcie, brązy, czerwienie. Wodospady nieduże, ale efektowne. Dolinka się zwęża, a ponieważ jesteśmy coraz wyżej, widać wciąż nowe i nowe góry. Pogoda świetna, trochę cumulusów.
Pokonujemy jeszcze jeden próg i osiągamy kocioł zamykający dolinkę. Obłęd: jeziorko, granatowa woda, pływające w niej tafle lodu.
Grzejemy na przełęcz, po skałach i mchach wychodzimy na grań. Nie ma tu żadnego wyraźnego siodła, ale to nie gra roli: widać już dolinę Ałły, trzeba tam tylko zejść. Najbliższe żleby są od dołu podcięte. Z trudem – i emocjami – znajdujemy zejście, wcale niełatwe – ale cóż, jak mus to mus.
Dolina Ałły płaska i (wbrew pozorom) sucha. Znajdujemy fantastyczne miejsce na nocleg – płaski placyk, wysypany drobnym żwirkiem. Tylko drewna nie ma, więc gotujemy obiad – tak jak przedtem lunch – na maszynkach. Jest ciepło, pali się świeczka, wesoło bulgocze ryż… Prawie podpalamy namiot (ślad zostanie). Proteinę z fixem robią Paweł i Gośka, bo im się najwygodniej gotuje.
Ryż powoli dochodzi. W śpiworkach jemy go z jednej menażki. Lubię takie jedzenie. A jutro – wymarzone śniadanie: w śpiworach, na bleuetach.

26.08 Kolejna mroźna noc. Gotujemy kaszkę na maszynce, słoneczko grzeje namiot, jest ciepło, miło – czekałem na to cały wyjazd.
Z każdym dniem coraz bardziej przekonujemy się, że ta wyprawa to naprawdę ciężka próba dla sprzętu. Buty pękają wzdłuż i w poprzek, całe spodnie mamy już tylko ja i Ania, przeciera się powoli nawet torba na aparat…
Dolina Ałły jest przepiękna, wszędzie malownicze góry w jesiennych, ciepłych barwach, małe, zagubione wśród skalistych pagórków jeziorka, wąwóz rzeki.
Najwyżej (na przykład na przełęczy) rosną rzadkie trawy, mchy i wszechobecne porosty. Niżej zaczyna się karłowata brzoza i olcha. Brzoza ma w tej chwili liście czerwone i żółte, olcha żółte i zielone. Są kwiaty, jest rododendron. Jeszcze niżej olcha potężnieje, zarośla sięgają człowiekowi ponad głowę. Pojawia się też zwykła iglasta kosówka. Zbieramy trochę korzenia, którzy Baszkirzy doradzali parzyć z herbatą, a który na tutejszych kamienistych łąkach rośnie wszędzie. Nada się na pamiątki.
Pogoda dopisuje, co dodatkowo podkreśla urodę doliny. Po błękitnym niebie suną niestety coraz większe chmury.
Idziemy prawym stokiem doliny i noga wyjeżdża mi z rozprutego buta. Na szczęście przy lunchu (na maszynkach) Butold oznajmia, że znalazł ścieżkę.
I rzeczywiście: dalej idziemy ścieżką, całkiem wygodnie, choć – jak zwykle w lesie – niewiele widać. Około ósmej dochodzimy na nocleg. Przy ognisku wspominamy Fany. Trzeba pojechać w duże góry.

27.08 Śniadanie do łóżka – piękny początek dnia. Pogoda (podobno) niezła. Do herbaty mieszanka gorgańska, czyli suszone owoce rozmaite. Trzeba tylko uważać na migdały, bo trafiają się gorzkie.
Nie chce mi się zbierać. Drzemię. Wszyscy ociężali, więc wychodzimy późno. Ścieżka gubi się bez przerwy. Idziemy dość wolno samym brzegiem Ałły. Wokół tajga, więc widoków niewiele – a szkoda, bo pogoda dopisuje. Około szesnastej lunch.
Potem idziemy powoli, przez kosówkę, w górę i w dół. Przy tych rozwalonych butach trawers mnie wykańcza.
Po drodze pojadamy orzechy i owoce.
Znów stajemy na nocleg późno, koło ósmej, nad brzegiem Ałły. Do przejścia jeszcze jakieś dwadzieścia, dwadzieścia pięć kilometrów przez las, potem powinna być droga.
Gdy siedzimy już przy ognisku, z drugiego brzegu słychać trzask łamanych drzew i łoskot kamieni; Butold nawet twierdzi, że widział iskry. Chyba lawina. Rano zobaczymy.

28.08 Jest rano, ale nic nie zobaczymy, bo las za gęsty. Słońce przez mgłę albo chmury (czyżbym zapeszył, myjąc dziś po śniadaniu menażkę?). Mamy wachtę. Zbieramy się umiarkowanie szybko.
Sytuacja nie jest miła. To ostatni dzień, na który mamy żarcie, potem będzie tylko suszony jeleń i to, co znajdziemy. Do cywilizacji spory kawał. Chyba przyoszczędzę trochę suszonych bananów.
Próba sprzętu trwa. Wczoraj urwałem pasek w plecaku (wcześniej klamrę do paska z boku, a jeszcze w pociągu tę od pasa biodrowego), dziś rozdarłem koszulkę. Góry walczą do końca.
Wczoraj znaleźliśmy olbrzymie pole borówki brusznicy, więc w kisielu było jej całe mnóstwo – i nie był to najlepszy patent.
Czwarty dzień z rzędu bez muszek i komarów. Prawdziwa rozkosz.
Nie wiem, czy już o tym pisałem, ale ogromne wrażenie robi tu na mnie woda. Trudno znaleźć jakieś zupełnie ciche miejsce; w całych górach wciąż coś szumi, huczy, dudni, gra i szemrze. A w tych dźwiękach można usłyszeć prawie dowolną muzykę i ludzkie głosy.
Idzie nam się nieźle, chociaż rzadko trafiamy na ścieżkę.
Koło południa – jak na nas to wyjątkowo wcześnie – postój na lunch. Przeszliśmy jakieś dziesięć kilometrów, może ciut więcej, zostało ze dwanaście – do drogi, która zaczyna się na drugim brzegu rzeki, ale tym będziemy się martwić później.
Dolina jest szeroka, płaska, piaszczysta i kamienista. Kamienie są wszelkich możliwych rozmiarów, co daje pewne pojęcie o tym, co się tu dzieje wiosną, gdy topnieją śniegi. Nawet teraz są takie fragmenty lasu, które rzeka zatapia, żłobiąc sobie nowe koryto.
Pod koniec dnia, zgubiwszy ścieżkę po raz n-ty, wychodzimy na kamienne pole w środku doliny i zapada decyzja: przeprawiamy się na drugi brzeg. Idę w butach; zdejmuję tylko skarpetki. Woda zimna, ale bywała zimniejsza, więc spoko. Szybko znajdujemy ścieżkę i pomykamy w wyścigowym tempie. Gdzieś tu są podobno gorące źródła i sanatorium.
Po pół godzinie docieramy do pustego drewnianego domku, a chwilę potem wychodzimy na brzeg Ałły. Widać dwa małe budyneczki, drewnianą ławkę i sterty desek. Z tyłu schody wyprowadzają na wysoką skarpę. Na tych właśnie schodkach spotykamy trzech Buriatów, którzy wyjaśniają nam, że gorące źródełko znajduje się we wnętrzu jednego z tych domków.
Na górze, na wysokim brzegu, obok napisu „Kurort Ałła” stoją dwa normalne domy. Nie udaje nam się załatwić w nich nic do jedzenia, ale dowiadujemy się, że drogą do wsi mamy siedem kilometrów, a autobus do Kurumkanu jest o siódmej rano. Lecimy.
Docieramy późno, chyba koło jedenastej. W pierwszej napotkanej chałupie dostajemy trochę kwaśnawego mleka i ziemniaków oraz informację, że są dwa autobusy: o siódmej i o ósmej rano. Dochodzimy w okolice przystanku. Kręcą się tu jacyś wiejscy motocykliści, od których za gumę do żucia dostajemy najprawdziwszy chleb!
Nocleg załatwiamy u stróża jakiegoś garażu. Dostajemy drugi chleb, słój mleka i fajny drewniany domek bez okien – na noc. Gotujemy na maszynkach (między innymi ryż na mleku – super!), a potem idziemy spać, bo jutro trzeba wstać rano. Stróż ma nas obudzić.
Przeskok do cywilizacji był dość szybki. Zeszliśmy z gór, domki, potem szeroka, równa jak stół równina i już jesteśmy. To koniec serialu „Zagubieni w tajdze”.

29.08 Ałła za dnia. Słońce wschodzi zza niskich w tej okolicy Gór Ikackich. Stróż obudził nas o 6.30, a autobus odjechał bez nas o 6.50 (chociaż miał być dopiero o siódmej). Najgorsze jest to, że było to bezpośrednie połączenie do Ułan-Ude. Teraz pozostaje nam autobus „przed dziewiątą” do Kurumkanu.
Robimy zakupy (cztery chleby za 50 rubli, kociołek mleka i trochę margaryny za stówkę). Zajadamy się chlebem z solą i zapijamy go mlekiem; margaryna nie jest najsmaczniejsza.
Wieś zupełnie zwyczajna, syberyjska, sporo haseł w stylu „Idee Lenina żyją i zwyciężają”, zdjęć przodowników pracy etc. Jest nawet plakat z cenami chleba w różnych krajach – najtaniej w CCCP, najdrożej w Japonii.
Nagle zajeżdża autobus, więc biegiem się pakujemy do środka i za 350 rubelków dojeżdżamy do Kurumkanu. Droga fatalna – kamienie, doły, wyboje, autobusik skacze jak głupi, a my razem z nim. Po prawej cały czas Barguziny, po lewej płaska jak deska dolina, kończąca się Górami Ikackimi. Może z Kurumkanu spróbujemy się wyrwać samolotem.
Dojeżdżamy na miejsce. Tubylcy szybko wybijają nam z głowy zarówno samolot (koniec wakacji i w związku z tym brak biletów), jak i nadzieję na dostanie się dziś do Ułan-Ude. Możemy ewentualnie dojechać do Ust’-Barguzinu. Autobus będzie koło piątej, ale niewiele nam to da.
Zwalamy bety na ganku jakiegoś zabitego deskami domu i idziemy na zakupy: suszone daktyle (140 za kilogram), śmieszne buty dla mnie (400; wreszcie mogę wyrzucić himalaje! Ale nie, jednego zostawię sobie na pamiątkę), mleko, herbatniki, cukierki, miód, jabłka, coś do picia. Jemy.
Koło południa ledwie ruszamy się z przejedzenia, gdy przypadkiem trafia się okazja dojechania do Ułan-Ude. Jedzie tam ciężarówka z zamkniętą skrzynią ładunkową z dwoma maleńkimi okienkami. Okazja trafiła się, gdy pogadaliśmy z jednym z zaczepiających nas Buriatów. Cały czas próbowali coś od nas kupić – faktycznie, na pół wypakowane plecaki i rozłożone żarcie wyglądają zachęcająco.
Mamy jeszcze pół godziny na obiad, więc w „Dietskoj Kafieterii” jemy „pozy”, czyli pierożki z mięsem, i popijamy herbatę.
Pół do drugiej ładujemy się do ciężarówki. Maszyna rusza. Od razu widać, że będzie ciężko, bo trzęsie nieziemsko i trudno jakoś wygodnie się ułożyć. Przez maleńkie okna (nie dające się zresztą zamknąć) z trudem dostrzegamy raz „nasze” góry, a raz (z drugiej strony) dolinę Barguzinu – szeroką, równą, trawiastą.
Około pół do szóstej docieramy do Ust’ Barguzinu, gdzie czeka nas przeprawa promem przez szeroką już rzekę, wpadającą tu do Bajkału. Prom przypomina ten na Kamczatce: platforma plus stary, sypiący się, ale dzielny holownik.
Po przeprawie dosiadają się do nas dwaj Rosjanie: fizyk i botanik. Barguziny znają chyba nieźle. Od botanika dowiadujemy się wielu ciekawych rzeczy. Wyjaśnia się sprawa dziwnych grzybów – czerwonobordowych z wierzchu, a żółtych od spodu (nazwy oczywiście nie pamiętam, ale jest to jakiś maślak). Maślaków zresztą jest mnóstwo, to fakt. Bagno, które znaleźliśmy w herbacie nad Frolihem, a które na zestawie pocztówek opisano jako trujące, ma intensywny zapach i to on właśnie ma najbardziej zgubny wpływ na organizm: powoduje bóle i zawroty głowy, chyba utratę przytomności. Teraz rozumiem, czemu na pierwszym rekonesansie prawie zasnąłem. Do herbaty nadaje się, ale w minimalnych ilościach – ze trzy małe gałązki na kociołek. Można też dodać (do herbaty) liście rododendronu, te poczerwieniałe.
Zwierząt jest w tajdze niewiele, a wynika to stąd, że wszystkie roślinożerne muszą się żywić orzeszkami kiedrowymi.
Dostajemy jeszcze wskazówki, jak przyrządzać nasz korzeń („złoty korzeń”, rosnący zresztą nawet w Karpatach), by wykorzystać jego lecznicze właściwości. Po pierwsze: oczyścić, wysuszyć i sproszkować. Potem mamy dwa wyjścia:
1. Nalewka. Spirytus 70%, ½ litra, 20-25 g korzenia, robi się miesiąc, półtora; przyjmować maks. po 20 kropli naraz.
2. Proszek: łykać z rana po ½ g przez 10 dni. Wzmacniający.
Kawałek za Ust’-Barguzinem zajeżdżamy nad Bajkał na wspólną kolację. Piękna piaszczysta plaża, takiej tu jeszcze nie widziałem, i mnóstwo żarcia (m. in. wędzony omul). Jemy do bólu; z trudem się ruszam – mam naprawdę dość. W dodatku przeżywamy najazd muszek, i to tych najmniejszych, ledwo zauważalnych.
Ruszamy dalej. Słońce opada coraz niżej. Rzadkie widoki na Bajkał przypominają najlepsze kolorowe zdjęcia z albumu. Robimy króciutki postój na zdjęcia. Droga cały czas fatalna, ciemno i nie ma się jak ułożyć.
Po długiej walce robię sobie miejscówkę na plecakach – jakoś da się leżeć, ale trzęsie makabrycznie, a na dodatek nasz kierowca pobłądził. W jakiejś wsi, prawie 200 kilometrów od celu, spędzamy z półtorej godziny pytając o drogę. Dłuuuga noc.
Wreszcie o trzeciej rano zajeżdżamy przed dworzec kolejowy w Ułan-Ude. Za te 13,5 godziny jazdy zapłaciliśmy po 450 rubli od łebka. Na dworcu będziemy szukać noclegu w wagonie-hotelu, o którym opowiedzieli nam nasi dwaj nowi znajomi.
W rezultacie nocujemy (3-4 godziny) w dworcowej wspólnej sypialni. Kosztuje nas to, jako cudzoziemców, po 60 rubli.

30.08 Rano Paweł z Butoldem załatwiają następny nocleg w jakimś kolejowym hoteliku (90 rubelków). Bardzo przyzwoite warunki, na dole chlewik (bar, znaczy się). Po kąpieli kupujemy bilety do Irkucka – i w miasto.
Najpierw na bazar. Jest tu cholernie drogo (banany 270 rubli), poza tym nie mamy za wiele czasu, bo planujemy wypad do muzeum etnograficznego. Kupujemy arbuza (30 za kg), parę zguszczonek (50, po daktylach zjedzony w Alle druga pozycja na mojej liście wymarzonego jedzenia) i taksówka (300 rubli) zabiera nas gdzieś na peryferie.
W niebrzydkiej okolicy (sosnowy lasek) znajduje się muzeum. Sądząc po tabliczce na ogrodzeniu, mniej więcej połowa muzeum jest jeszcze w fazie przygotowań. Gotowy jest „sektor” ewenkijski, a w nim kilka namiotów z kory (brzozowej i grubszej), futra, sprzęt do połowu ryb, narty, sanie, sprzęt gospodarczy – wszystko ze skór, drewna i kory. Namiot szamański otoczony totemami wygląda na odpicowany dla turystów – ale odpicowany fajnie.
Kolejnym punktem programu jest malutkie ZOO, a w nim wielbłądy, konie, jelenie i muflony(?), które gdzieś się pochowały. Oglądamy kolejne chaty i domy buriackie, zaczyna kropić, potem padać. Bezsenna noc potęguje apatię. Zjadamy arbuza i dzielimy się na dwie grupy – Butold z Pawłem zwiedzają dalej, my wracamy. Przy bramie dowiadujemy się, że dziś autobusu nie będzie, więc w deszczu idziemy kawałek do głównej drogi. Za pierwszym razem nie udaje się nam wsiąść, więc jedziemy na pętlę [tu najwyraźniej autobus jeździ] i, nie wysiadając, zawracamy. W ten sam autobus na „naszym” przystanku ładują się Paweł z Butoldem.
Razem idziemy wymienić pieniądze, po czym udaję się z Rafałem na dworzec autobusowy sprawdzić dojazd do Dacanu [klasztor buddyjski w Kalionowie]. Autobus (nr 104) jest rano (7:10), a potem trzeba będzie kombinować. W małej, miłej knajpce przy dworcu zjadamy obiad (szaszłyk, gulasz, sałatki 170 rubli) i wracamy do domu. nie mogę już więcej jeść, ale wszyscy coś tam jeszcze szamią.

31.08 Oczywiście nie zebraliśmy się na poranny autobus. Wychodzimy późno i – żeby uniknąć problemów – wynajmujemy sobie wołgę, która za 1500 rubli zawiezie nas na miejsce.
Jedzie się jakieś pół godziny i lądujemy przed kolorową, jaskrawo malowaną bramą w płocie. Nad nią znajduje się pagodowy daszek, a płot ogradza kompleks drewnianych domków, których strychy zamieszkują gołębie (tak to przynajmniej wygląda). Nad całością dominuje wyższy, trzykondygnacyjny budynek. Cały ten ogrodzony teren to właśnie „dacan”, czyli klasztor. Nie jest to, jak zwykle u nas, jeden budynek, ale sporo małych domków, w których mieszkają lamowie. Wyróżniają się dwie świątynie (duża i mała), siedziba prezydenta Rady Religijnej Buddystów ZSRR (Religious Board of Buddhists of the USSR), siedziba samej Rady; jest nawet hotel. Wzdłuż płotu ciągnie się wydeptana ścieżka, a przy niej stoją duże i małe młynki modlitewne. Od czasu do czasu ktoś przechodzi i zakręca młynkami. Błąka się tu trochę wiernych, mniej turystów, kilka kóz; widzieliśmy jednego lamę.
Poważne zwiedzanie zaczynamy od głównej świątyni. Kolory na zewnątrz mogą robić wrażenie „podrasowanych”, ale gdy wejdzie się do środka (na drzwiach karteczka „Please, no photographing”), wygląda to podobnie. Duże okna, bardzo jasne wnętrze, w świetle wszystko gra intensywnymi barwami: czerwoną, żółtą, zieloną, błękitną, ciemnoniebieską.
Wnętrze jest kwadratowe. W kierunku „wejście – ołtarz” biegną cztery rzędy wąskich kolumn, wszystkie pomalowane w kolorach jak wyżej. Na wysokości około czterech metrów zaczyna się druga kondygnacja budynku. Od środka zaznacza ją galeryjka – niziutka, z trudem zmieściłby się na niej skulony człowiek. Z niej zwieszają się w paru miejscach obrazy Buddy (i nie tylko). Podobnie wygląda od wewnątrz trzecia kondygnacja, choć tu galeryjka jest wyższa – i jasna, bo pomalowana na żółto i oświetlone światłem wpadającym przez kolejne okna.
Wracając na dół: w tym samym kierunku co kolumny ciągną się rzędy obszernych, wyłożonych poduszkami siedzeń. Środkiem biegnie przejście, nad którym w dwu miejscach wiszą baldachimy (a właściwie jeden baldachim i coś, co przypomina pokrywkę od garnka), dające się dzięki systemowi bloczków podnosić i opuszczać. Po bokach stoją metrowe wysokości trąby, owinięte kolorowymi szmatkami i zdobione metalem. Przejście środkiem kończy się podobnym siedzeniem, jak te po bokach, ale na podwyższeniu i z pulpitem. Dalej wąski pas wolnej przestrzeni i duży, złoty posąg Buddy. Po bokach stoją posągi o podobnych rysach – z każdej strony jeden.
Lewą (patrząc od wejścia) część ściany szczytowej zajmują trzy lub cztery półki dokumentnie zastawione małymi (i też złotymi) figurkami Buddy. Najniższa półka jest szersza i leżą na niej instrumenty – mniejsze trąby i małe gongi, po 10 w drewnianej ramie.
Po prawej na dwóch półkach (również za szkłem) stoi osiem posążków podobnych do Buddy. Jeden ma zieloną skórę, inny niebieską, reszta wygląda zwyczajnie.
Na ścianach między oknami wiszą obrazy, przedstawiające znów inne postaci z panteonu i sceny historyczno-mitologiczne. W paru miejscach stoją bębny, znów jaskrawo pomalowane, na nóżkach przymocowanych do ścian. W środku mają namalowany symbol jin-jang.
Łażąc po terenie klasztoru (istniejącego od 1946 roku) i robiąc zdjęcia, spotykamy młodą kobietę, która trochę nam opowiada o klasztorze, buddyzmie itd. Idzie jej (i nam) tym łatwiej, że nieźle mówi po polsku; studiuje (studiowała?) polską literaturę w Moskwie. Zaczepiła najpierw Butolda, chcąc sprzedać mu obrazek, przedstawiający Mandźuśriego(?), chroniącego przed ogniem, wodą i wywoływanymi przez nie kataklizmami.
Lamaizm jest jedną z odmian buddyzmu. Inna jest w Chinach, jeszcze inna w Birmie, Laosie i okolicach. Tutejsi lamowie uczą się języka (i alfabetu) tybetańskiego, bo w nim spisano święte księgi lamaizmu. Alfabet ten jest wywodzi się z sanskrytu, a powstał w VII wieku n.e. Napisy na stupach są w sanskrycie [ale w starym mongolskim alfabecie]. Na jednej z grup stup powtarza się monogram oznaczający sześć słów – modlitwę o opiekę nad sześcioma rodzajami istot żywych.
Jest tu też pawilon, przeszklony, z posadzoną w środku jakąś rośliną. Jeśli dobrze zrozumiałem, jest to odrost z drzewa, pod którym Budda doznał oświecenia.
Do autobusu mamy jeszcze pół godziny. Kupujemy jakieś pierożki z jajkiem (którymi zresztą Kowalskim udało się struć) i z mięsem. Dość zatłoczonym autobusikiem docieramy do centrum Ułan-Ude. Dzielimy się na dwie grupy i robimy zakupy: standardowo zguszczonkę, arbuza, mapy etc. Dziś wieczorem odjazd do Irkucka.
Wracamy do naszych „Komnat otdycha” i jemy. Odhaczam kolejną pozycję z listy wymarzonego żarcia: ryż na mleku. Jest tego tyle, że nie wyrabiam, ale smakuje nieźle.
Później długo oczekiwana ciepła kąpiel, w której pozbywamy się trzytygodniowego brudu z tajgi (drugi raz, a ciągle schodzi), szybkie pakowanie i ni z tego, ni z owego milicja postanawia podrzucić nas na dworzec. Przed hotelem już czeka gazik.
Jesteśmy trochę za wcześnie (zwłaszcza że pociąg odchodzi pół godziny później niż sądziliśmy). Stoimy na peronie, gdy zaczepia nas troje tubylców – koniecznie chcą, żeby Butold podarował kobiecie (bo jest jedna) swój korkowy kapelusz.
Z dalszej rozmowy wynika, że są złodziejami (jeden mówi nam to wprost), ale nas nie okradną, bo nas polubili. Na pożegnanie proponują jeszcze wódkę, ale grzecznie odmawiamy.
Siedzimy już w przedziałach, gdy korytarzem przechodzi milicjant, prowadząc za kołnierz jednego z naszych nowych znajomych i pytając z którego przedziału zginęła torba, bo właśnie ją znaleziono. Fajni goście.
Odjeżdżamy. Wstyd się przyznać, ale nie daję rady zjeść swojej działki arbuza.
Może na koniec dnia parę słów o Ułan-Ude. Miasto nudne, bardzo, bardzo radzieckie, murowane, nowe. „Zdegenerowane”, jak trafnie zauważyła Małgorzata.
A na Placu Rad dominuje ogromna, kamienna głowa Lenina.

01.09 W Irkucku o szóstej rano jest jeszcze ciemno. Oddajemy bagaże do przechowalni i tramwajem (jedynką) jedziemy na drugi brzeg Angary, do miasta. Snujemy się, czekając na otwarcie sklepów; wolno wschodzi słońce, jest chłodno i pochmurno. Jesień…
Po centrum poruszamy się już swobodnie, odnajdujemy znajome miejsca (fontanna na placu Kirowa, gdzie parę tygodni temu moczyliśmy nogi, nie działa, a ulica targowa jeszcze śpi – dochodzi 8:30, bazar właśnie zaczyna handel).
Kupujemy z Rafałem pudełka na ramki, parę płyt, szyszki i przypadające na nas zakupy spożywcze (arbuz 25, winogrona 100 za kilogram, ciastka; banany – z zupełnie nową naklejką! – po 120 rubli). Zszokowany stwierdzam, że nigdzie nie ma zguszczonki!!! Trudno, wracamy bez niej na dworzec. Sytuację ratują Butold z Anią, którzy widzieli zguszczonkę w jakimś sklepie przy Marksa. Jadę tam z Anią „okazją” – spod dworca 200 rubli. Trochę stania w kolejce, powrót taksówką za pół ceny i ładujemy się w pociąg. Bagażu mamy tyle, że będziemy dopłacać (200 rubli). Odjeżdżamy z małym opóźnieniem.
To w zasadzie koniec imprezy.

02.09 Pada deszcz. Zaczynam się uczyć optyki do egzaminu, ale idzie mi cienko. Drzemię. Jemy dużo.
W Nowosybirsku mamy mieć 19 minut postoju. Wysiadamy sobie z Pawłem i Rafałem, może będą jakieś pocztówki. Rozglądamy się przed dworcem, ale nie ma normalnego kiosku – same alkohole, słodycze (bounty 85 rubli), papierosy. Wracamy na peron, a tu… pani z naszego pociągu właśnie odmachała odjazd i pociąg już się turla. Okazuje się, że krótszymi postojami nadrabiamy opóźnienie – tu staliśmy niecałe 10 minut. Ale udało się.

03.09 Wstajemy dość wcześnie. Dalej jemy sporo. Nudy. Nauka mi nie idzie, piszemy kartki, czytamy. Po południu mijamy słup z napisem „Europa – Azja”, więc chyba jedziemy przez Ural, ale znowu niewiele widać.
Już drugi raz mamy okazję kupić odbity na papierze fotograficznym zestaw zdjątek: trochę porno i trochę świętych obrazków, dla każdego coś miłego. Czego to ludzie nie wymyślą…
Butold podtruł się czymś i wieczorem leży zbolały. W nocy ja też swoje odchorowuję.

04.09 Jedyną rozrywką (po skończeniu przeciętnego „Świata studni”) jest widok pani, która dwa razy dziennie przemierza pociąg z wózeczkiem pełnym dóbr wszelakich, donośnym głosem oznajmiając „wino, piwo, wodka, cigariety, spiczki, szokoład…” i parę innych rzeczy. Można też u niej zamówić obiad do przedziału.
Dyżurna w naszym wagonie szaleje. Już trzy godziny od Moskwy zamyka kibelki, przestaje parzyć herbatę, zbiera pościel i sprząta. Męcząca jest.
Wreszcie dojeżdżamy. Na dworcu czeka na nas jakiś koleś, też Pawła znajomy (no, no…) Daje nam bilet do Brześcia (na plackartę, rzecz jasna), pomaga wymienić dolary, prowadzi kawałek po mieście; bagaże zostały w przechowalni, bo mamy sześć godzin wolnego. Metro kosztuje już rubla! Idziemy sobie niespiesznie; celem numer jeden jest, rzecz jasna, McDonald’s.
Po drodze kupujemy banany (z nową naklejką!) i grejpfruty. U McDonald’sa – pierwsza runda: frytki (50), koktajle (65), BigMac (140), cheeseburger (70), pierożek (70), coca cola z lodem (50; w ogóle w Moskwie można wreszcie kupić colę w puszkach! (75-80 rubli)).
Potem zamykają nam sklep fotograficzny, więc idziemy z Rafałem na Plac Czerwony i do GUMu. Lenin w piątki zamknięty, zresztą i tak czynny jest koło południa.
W drodze powrotnej jeszcze jeden shake w McDonald’sie i jedziemy. W moim „oczku” plackarty otwiera się okno (!), ale nie cieszy mnie to, bo cholernie boli mnie gardło. Na drogę – banany, cola, arbuz.

05.09 Pogoda od rana beznadziejna. Leje jak z cebra. Drzemiemy, idziemy do restauracyjnego, wreszcie wynudzeni dojeżdżamy do Brześcia. Jest pół do czwartej, a pociąg mamy o 20:10. Kolejka już się ustawia.
Idziemy w miasto. Leje. FOTO zamknięty. Kupujemy na drogę bułki i kefir i wracamy na dworzec. Tłum przed wejściem do komory celnej gęstnieje, dokonuje podejrzanych manewrów (panie się czeszą, panowie gwałtownie przestawiają torby). Wreszcie tuż przed szóstą drzwi się otwierają – i zaczyna się walka. Na szczęście jesteśmy dość mobilni (tylko plecak i coś małego w ręce), więc łatwo przemy przez tłum. Pierwszy z naszej grupy docieram do drzwi, które wkrótce otwierają się i dla mnie. Wypełniam deklarację, docierają pozostali. Celnik zadaje pytania tylko o wódkę, sprzęt elektryczny i ruble. Potem kontrola paszportowa i zgromadzeni w dużej sali spokojnie oczekujemy otwarcia wrót na peron.
Spotykamy innych polskich turystów – grupę około 15 osób (w tym dziewczynę z Gottwalda). Wracają z Tien-Szanu. Jakiś koleś prosi nas o pomoc w przewiezieniu „oryginalnych alkoholi dla nielegalnego klubu studenckiego z Łodzi”. Oryginalny to jest ten jego tekst; wygląda na handlarza, ale co mamy nie pomóc…
Drzwi na peron też w końcu stają otworem. Biegiem zajmujemy jeden przedział w „dwójce” i czekamy na odjazd. Leje.
Polscy celnicy niezbyt się nami interesują. Dokupujemy bilety (Paweł hojną ręką dorzuca konduktorowi kilkadziesiąt tysięcy, bo mu się coś pomieszało) i szybko mkniemy do domu.
O 22:45 dojeżdżamy na Wschodni, ale po półgodzinnym postoju pozostaje mi już tylko powrót nocnym do domu z Centralnego.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 License