Z pamiętnika Włóczykija - Ural '93
  • Tym razem wspominki z ekstremalnej zimowej przygody.

Ural Polarny 1993

30.01 Pociąg oczywiście się spóźnia. Misiek prawie też. Odjazd następuje bez uprzedzenia, Piotrek ledwie wsiada. Na Centralnym żegna nas Butold. Znów nagły odjazd, tym razem Maciek z trudem zdąża. Ścisk nielichy, ale wkrótce mamy 7 miejsc siedzących. Senna atmosfera. Gawędzę z Piotrkiem K. – chyba mamy kolejnego speca od fotografii.
W Brześciu nikt nie przynosi nam deklaracji, więc olewamy sprawę. Na stacji czeka nas 7 godzin czekania. O rany. Tym razem w „poczekalni” na świeżym powietrzu jest chłodno (nie tak jak podczas podróży nad Bajkał) – w końcu to zima, więc siedzimy głównie w środku.
Czeka już na nas łącznik z biletami.
Nudzimy się na potęgę – ja na przykład kupuję sobie zegarek za 625 rubli. Pociąg jest jakoś tak koło dziewiątej wieczorem; pół godziny wcześniej idziemy po sześć par nart1, które czekają w przechowalni.
Wreszcie siadamy w pociągu – ciepło, okno się nie otwiera, standard. Narty będę miał dwa metry dziesięć.
Dodam jeszcze, że sporo emocji dostarczył mi Rafał, który przez kilka dłuuugich minut nie mógł znaleźć palnika do maszynki.

31.01 Wstajemy około dziewiątej. Jestem w przedziale z Marzenką, Misiem i Pawłem. Coś tam jemy, coś pijemy, myjemy się… Sennie jest. Przeglądam i uzupełniam wczorajsze notatki. Suche są. Może w górach będzie lepiej.
Przybywamy do Moskwy o 17:30 czasu lokalnego. Czeka tu na nas Sława2. Szybko dokonujemy przerzutu na dworzec Jarosławski, gdzie znów się nudzimy, ale krócej. Sprzedajemy dolary po sześć stów, robimy zakupy na podróż (angielska półtoralitrowa coca cola kosztuje 650 rubli). O 20:30, po kłopotach przy wejściu (trzeba będzie dopłacić za bagaż), odjeżdżamy. Świetnej zabawy dostarcza nam zabrana przez Maćka książka z dołączonym na końcu słownikiem tungusko-polskim. Powtarzamy słówka, dobieramy sobie przezwiska (np. „trzęsące się wargi łosia”). Potem siadamy do dwóch długich rozdań makao.

01.02 Około dziewiątej budzi nas pociągowy radiowęzeł – prognoza pogody. W Irkucku -34, w Salechardzie -31. Na obiedzie w „restoranie” (po długiej partyjce makao) poznajemy ciekawego kolesia. Mówi, że jest Kazachem – i strasznie pieprzy. Pracuje jako inżynier górnictwa w Workucie, a za pięć lat zamierza być prezydentem Kazachstanu. Namawia nas do zrobienia wywiadu z żoną jakiegoś zmarłego mistrza karate z Ałma-Aty, a potem z samym sobą. Za obiad daliśmy 1600 rubli.
Po 3-4 godzinach Kazach odwiedza nas w przedziale, ale jest tylko trochę namolny i w końcu wychodzi.

02.02 Rano opanowuje nas lenistwo, nawet śniadania nie chce się nam robić. W końcu decydujemy się na kaszkę. Za oknem coraz więcej śniegu, pochmurne niebo, drzew ubywa, sporo dużych, białych ptaków, podobnych do gołębi. Do Workuty dojeżdżamy z blisko godzinnym opóźnieniem, ale na odchodnym załapujemy się na kolejną prognozę pogody: w tym tygodniu ma przyjść ocieplenie i czekają nas temperatury rzędu od -9 do -13.
Po ciemku, zrzuciwszy wory na dworcu, idziemy (a raczej jedziemy) w miasto. Dworzec jest w zasadzie na peryferiach, więc jazda autobusem (nr 10 lub 11) zajmuje dłuższą chwilę.
Trafia nam się jakiś tubylec, który oprowadza nas po mieście. Kupujemy pocztówki, znaczki (do Polski 75 rubli), jemy obiad w podrzędnej hotelowej knajpie, zjeżdżamy sobie na górce-zjeżdżalni dla dzieci (z desek polanych wodą), kupujemy płyty. Śniegu leży sporo, tworzą się fantastyczne nawisy i półtorametrowe sople. Jest bosko! Mrozek leciutki (-9).
Około 18:15 (czasu moskiewskiego) udajemy się na dworzec kolejowy, z którego ruszymy dalej (dojazd autobusem nr 10). Pociąg już czeka i ku naszej niewysłowionej radości okazuje się być plackartą – duszną, gorącą i pełną ludzi. Z trudem znajdujemy sobie miejsca, na szczęście jazdy [do Chalmier-Ju] jest niecałe cztery godziny. W końcu ruszamy. Ostatni etap podróży.
Próbujemy właśnie grać w Boticellego, gdy przysiada się do nas jakiś zapity tubylec i zaczynamy gawędzić. Najpierw pokazuje nam jakieś „afganskije dokumienty”, potem nawet pistolet, ale nastawiony jest pokojowo. Jego kumpel rozmawia z Pawłem. Straszą obaj, że tundra jest okropna: wilki, niedźwiedzie, mróz, purga; niedawno gdzieś niedaleko zamarzło 11 osób z Leningradu. Podróż upływa w nerwowej atmosferze, ale wreszcie się kończy. Wysiadka. Sława idzie poszukać noclegu, my czekamy.
Prawdziwa zima. Śnieg, mróz (-8), super. Ruszamy na nocleg. Śniegu jest masa, nawisy przeczą prawu grawitacji. Kapitalna sprawa!
Spać będziemy w holu jakiegoś domu kultury, ale najpierw dopasowujemy narty. Trwa to chwilę, za to potem – orgia. Idziemy poszaleć, głównie na centralnym skrzyżowaniu mieściny. Zjeżdżamy, biegamy, bawimy się. Zaczepiają nas, rzecz jasna, tubylcy, zapraszając do zwiedzenia kopalni (jeden z nich ma być jej właścicielem), ale w końcu dają nam spokój. Wracamy do domu koło pół do pierwszej. Szybka herbata, przygotowanie żarcia na rano i idziemy spać.

03.02 Rano Misiek budzi nas brutalnie – upiorną melodyjką swojego budzika. Zbieramy się niechętnie, ale w miarę szybko. Kulbaczymy, doczepiamy sanki, robimy parę pamiątkowych zdjęć i ruszamy… prosto na przystanek autobusowy.
Autobus dowozi nas parę kilometrów dalej na wschód, do kopalni. Kierowca wita się ze mną słowami „dzień dobry” i „niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”, po czym dodaje „ja kriestianin”, co chyba wszystko wyjaśnia.
Przypinamy narty i wyprawa w Ural Polarny zaczyna się na dobre.
Na południowym(!) horyzoncie pojawia się wczesnoporanne słońce. Oświetla jakieś ponure przemysłowe ruiny bez szyb. Sanki ciągnie mi się cienko, ale to chyba kwestia wprawy. Jest płasko, sporo śniegu, słaba widoczność. Jeszcze zanim tracimy z oczu „naszą” kopalnię, daleko, na granicy widoczności przemykają zaprzężone w renifery sanie (w teleobiektywie z trudem rozpoznałem, co to jest).
Tu jest po prostu świetnie! Tundra podoba mi się coraz bardziej. Z rzadka spod śniegu wystają małe krzaczki i kamienie, sypie drobny śnieg, wieje lekki południowy wiatr. Mróz jest słaby, więc idzie się milutko, tylko sanki mnie wkurzają – ale bez nart i sanek nie wyobrażam sobie dzisiejszego odcinka.
Pogoda zaczyna się psuć, sypie coraz gęściej. Główny problem to wiązania nart: przecierają się paski, łamią i wyginają blaszki. Często przystajemy. Polar działa świetnie, wyrzuca pot na zewnątrz, gdzie ten spokojnie zamarza na anoraku.
Dochodzimy na nocleg. Namiot („Zimę”, dziesiątkę) rozbija się w miarę szybko, za to sporo czasu zajmuje zbudowanie ścianki ze śnieżnych cegieł i rozgoszczenie się w środku. No, ale w końcu coś gotujemy. Ponieważ nie bardzo nam się chce, więc z Rafałem jemy kiełbasę na zimno. Paweł i Marzenka częstują mlekiem bananowym. A potem czas spać.

04.02 Budzimy się wcześnie. Wszystko mokre, bo noc była ciepła. Będzie mróz, to śpiwory też zamarzną. Czuję coraz dotkliwszy ból gardła, ale na razie jadę na chlorchinaldinie i witaminach.
Pogoda w dalszym ciągu nędzna: sypie, widać coraz mniej, rano -6 (zresztą wczoraj pękł mój laboratoryjny termometr). Ciągnę sanki.
Po godzinie, może dwóch kawałek w bok od naszego szlaku dostrzegamy stado reniferów. Pierwsze zdjęcia robimy ze stu metrów, potem stopniowo podchodzimy bliżej. Nie boją się, prawie dają się głaskać. Kończę film. Maciek szaleje – ma zoom 60-300 i statyw.
Jakiś czas potem dostrzegamy skórzany namiot, parę kręcących się wokół niego psów – i ludzi! Podchodzimy.
Wita nas trójka skośnookich, uśmiechniętych dzieciaków – i mama, wszyscy zakutani w futra. Dookoła stoi chyba ze czworo dużych sań. Leży troszkę drewna na opał. Gospodyni zaprasza do środka i podnosi futra zasłaniające wejście.
Wewnątrz półmrok. Z przykrytego skórami legowiska podnosi się gospodarz. Witamy się, siadamy – bądź kucamy – wokół umieszczonego w centrum namiotu pieca. Podłoga jest ułożona z desek, leży na niej trochę futer. Namiot ma kształt typowego tipi i zbudowany jest – oczywiście – ze skór. Rozbicie go zajmuje podobno około pół godziny.
Nasi gospodarze są z narodu Komich, choć noszą rosyjskie imiona. Daria nieźle mówi po rosyjsku, za to jej mąż prawie wcale. Zajmują się wypasem reniferów, chodząc z nimi tu i tam, także za Ural. Jedna z córeczek bawi się w wycinanie z tektury figurek reniferów – i robi to fenomenalnie, bez rysowania. Częstują nas różnym pieczywem i herbatą. Robimy sporo zdjęć; w ciemnym, zadymionym wnętrzu co chwila błyskają flesze. Wrażenie „amerykańskich turystów” jest silne.
Dowiadujemy się jeszcze kilku ciekawych rzeczy. Np. za 50 dolców można by kupić renifera, za połowę tej ceny – samą skórę. Za żonę trzeba dać 900 reniferów, a można mieć więcej niż jedną małżonkę. Rodziny miewają nawet i do dziesięciorga dzieci. Stado reniferów, które widzieliśmy, liczy 50 sztuk. W tundrze zdarzają się wilki, pieśce (które łapie się we wnyki), rzadziej niedźwiedzie (brunatne).
Po tym miłym postoju ruszamy w drogę. Idzie się ciężko; przez niecałe dwie godziny sześć razy coś mi się psuje w nartach – a to łamię blaszkę, a to ją odginam, a to zrywam taśmę. Wreszcie stajemy. Śnieg sypie, temperatura około -5, chmury. Budowa ścianki idzie nam nieco sprawniej i wkrótce można wskoczyć do namiotu i pogotować. Robimy rosołek, wstawiamy wodę na puree – i Maciek nam ją wylewa. Jest sporo zabawy. Przyrządzenie boczku zlecamy Pawłom. Z „ziemniakami” wychodzi całkiem nieźle.
Po kolacji zalegamy w kilka osób i piszemy dzienniczki. Fajnie jest.
Uwaga: do tej pory szliśmy azymutem 68, od 05.02 azymut zmienia się na 62.

05.02 Wychodzimy o wpół do dziewiątej. Po wstaniu temperatura -10. Zbieramy się standardowo, czyli około trzech i pół godziny. Widoczność dalej kiepska, mgła, szarówka. Widać niewyraźne zarysy gór.
Na razie jest cholernie ciepło. Szok! Śpiwory w namiocie rozmarzają i robi się syf.
Idziemy stosunkowo szybko. Bez sanek (dziś ciągnie je Rafał) to jednak duża frajda, tym bardziej że narty nie psują się zbyt często. Widać góry – dziś na pewno do nich dojdziemy. Wyglądają magicznie: wnoszą się dość stromo ponad względnie równą tundrą, całe w śniegu. Przekraczamy jakąś rzeczkę (albo dwie) po lodzie; trzeba uważać, żeby nie wejść na te kawałki lodu, spod których przeziera woda, bo na spodzie narty natychmiast robi się lód i narta traci poślizg.
Niebo trochę się przeciera, widać słońce. Do gór jeszcze kawałek, chociaż wydają się bliskie. Zmieniam Rafała – zabieram mu sanki; chyba kiepsko mu się idzie. Posuwamy dość żwawo, ale około pół do trzeciej (czasu moskiewskiego) zatrzymujemy się w małej kotlince. Odkąd zbliżyliśmy się do gór (i doliny Kary), pojawiło się wyraźnie więcej krzaków (i to wyższych), a i zwierzątka się trafiają – znajome z pociągu „gołębie”. Są nawet ślady jakichś niewielkich ssaków.
Ogólnie rzecz biorąc, podoba mi się tu coraz bardziej – odludzie, mróz, masa śniegu; będzie chyba gdzie przyjeżdżać w poszukiwaniu zimy.
Zwróciła moją uwagę (nie pierwszy raz zresztą) nasza wzajemna zależność. Jasne, są dwuosobowe zespoły, samowystarczalne, łączy nas tylko namiot, ale w czasie drogi… Tu coś pomóc, pasek zaciągnąć, kij podać… Można by się bez tego obejść, ale byłaby to strata czasu i – cennej – energii.
Upychamy się do namiotu, robimy żarełko – jest to chyba pierwszy wyjazd, na którym (przynajmniej na razie) jest za dużo żarcia. Pomijam tu pewien szczególny etap wyprawy w góry Fańskie…
W śpiworkach topimy jeszcze menażkę śniegu, trzymając EPI w garści, i popijamy, choć smakuje benzyną, po czym Pen-Club (w zmiennym składzie) zabiera się do pracy.
Czas spać, pobudka znów o piątej (czyli o trzeciej w Warszawie!)
Na koniec dnia na dobre pożegnaliśmy się termometrem – pękła kapilara. Szkoda.

06.02 Wychodzimy później niż zwykle, bo dopiero po dziewiątej. Chwycił mróz: rano -21, tuż przed wyjściem -25. Potem temperatura podnosi się do -18, ale włącza się czynnik chłodzący, czyli lekki, nieprzyjemny wiatr. Poza tym pogoda w ciągu dnia robi się fenomenalna, słońce, czyste błękitne niebo. Idzie się miło, nawet z sankami.
Po drodze dwa razy znajdujemy bieżącą wodę – za drugim razem w dość szczególnych okolicznościach. Widać przysypaną śniegiem rzeczkę. Pierwszy przechodzi Misiek ze Sławą, ja szukam własnego wariantu – i zawala się pode mną cienki śnieżny mostek. Rzucam się na drugi brzeg i zapieram nartami o ten, na którym stałem. Lewy but zanurza się na moment w wodzie, ale wilgoci nie czuję. Leżę wygięty pod jakimś piekielnym kątem, Maciek rusza do mnie, a Paweł… No, Paweł wyciąga aparat; wiem, po latach będę mu za to w pewien specyficzny sposób wdzięczny. Wszyscy poza tym rzucają się na pomoc. Maciek przydeptuje mi prawą nartę; lewą próbuję opuścić do wody, ale wpada za głęboko. Oparty na wbitym w dno kijku wyplątuję się z gogli, aparatu, rękawic. Rzucają mi linkę, ale bez szans. Maciek coś bluzga na Pawła, który wreszcie odkłada aparat. Tymczasem stojący na drugim brzegu Sława podnosi mnie za plecak – i teraz szarpnięcie za sznurek wyrywa mnie na śnieg. Cała akcja trwała góra półtorej minuty, może dwie, ale było wesoło. Dobrze ilustruje moje przemyślenia o wzajemnych zależnościach w grupie.
Pogoda dopisuje, więc po oskrobaniu nart z lodu lecimy dalej. Piękny zachód słońca, bezchmurne niebo, nasze nadzieje na zorzę rosną. Idziemy do późna w noc (czyli do pół do szóstej), księżyc (w pełni) oświetla obłędny krajobraz. Tu jest pięknie!
Jestem kompletnie zjechany. Budujemy solidny murek i lekko przemarznięci (-20 trzyma) wskakujemy do namiotu.
Uwagi do sprzętu: przemoczone rękawiczki zamarzły na kamień; plastiki w wodzie spisały się OK, tylko potem trudno je rozsznurować (a wcześniej zdjąć ochraniacze); pękło już parę klamer i pasków w plecaku, teraz jeszcze zamek w klapie, więc odciąłem trochę części zapasowych od jucznego plecaka (tego na sankach). Aparat spisuje się na medal: śpi na dworze, ale cały czas działa.

07.02 Niedziela. Śpimy długo. Część SKG wychodzi na spacer – krótki, bo pogoda kiepska. Ja z Rafałem i Piotrami zostaję – szykujemy się do porządków i jedzenia. Robimy mleko. Wraca Żenia. Rozstał się ze Sławą w okolicy przełęczy (chyba dzielącej Europę od Azji). Po niecałej godzinie wracają też nasi – Pawłowi poszły wiązania. Posiedziawszy w namiocie, ja też postanawiam w końcu wyjść. Trzyma -20, zawierucha, ale chłopaki biorą się do budowy igloo, więc będzie co robić. Maciek z Żenią stawiają ściany, my wycinamy cegły – i rozbudowujemy kibelek. Twarz marznie. W końcu po popełnieniu jakiegoś błędu chłopaki rezygnują z igloo, więc rozwalamy resztki czekanami i wracamy do namiotu.
Piękny dzień kończymy obiadem.

08.02 -25, widoczność jeszcze gorsza niż wczoraj, ale przynajmniej nie wieje. Pobudka o pół do szóstej.
Wymarsz. Stosunkowo krótki odcinek – nad małe jeziorko. Stąd spróbujemy zaatakować Netem-pe, najwyższy szczyt w tym rejonie (1363 mnpm).
Jeżeli granica kontynentów biegnie głównym grzbietem Uralu, to chyba jesteśmy w Azji!
Rozbijamy namiot. Pogoda trochę się psuje. Na drugim stoku doliny widać malutki, regularny kształt – chyba jakaś chatka.

09.02 W nocy potwornie wiało, cały namiot chodził, ale rano pogoda do przyjęcia, więc ruszamy. Żenia zostaje w namiocie.
Mamy przed sobą jakieś 800 metrów przewyższenia. Ruszamy przed dziesiątą, ostrym podejściem na kamienisty grzbiecik. Ostro wieje, daje zmrożonym śniegiem po twarzy. Wiatr szarpie, więc idzie się trudno i powoli. Widoczność od kilku do kilkudziesięciu metrów. Teren – na zmianę kamienie i zmrożony, twardy śnieg, trochę lodu. Mróz ciutkę odpuścił.
Ciężko jest, ale przed pierwszą docieramy na szczyt. Wieje, sypie, niewiele widać. Pod triangulem zjadamy zguszczonkę „Smiling boy”, robimy parę dokumentalnych zdjęć. Postanawiamy założyć raki (choć dałoby się zejść bez).
Trwa to dłuższą chwilę, ręce marzną. Rafał ma kompletnie niedopasowane raki. Szkoda, bo był na to czas w pociągu. Wreszcie ruszamy, ale kłopoty z rakami dopiero się zaczynają. Ja gubię swoje po kilkunastu metrach – i nie zakładam ich ponownie, tylko mocniej ściskam czekan.
Wiatr zwiewa nas ze stoku, ale teraz przynajmniej wieje z tyłu. Mnożą się postoje spowodowane gubieniem raków. Sława nas popędza – i słusznie. Czekan dwa razy ratuje mnie przed ześliźnięciem się po zlodowaciałym zboczu, ale bez raków idzie się całkiem OK.
Ciemno. Błądzimy, szukamy zejścia, wiatr zaczyna mi przymrażać policzki, mróz skleja wilgotne od oddechu rzęsy, trudno otworzyć oczy.
Po jakimś czasie spadamy wreszcie do zacisznego, zaśnieżonego żlebu. Wszystkim idzie się coraz trudniej, ale w końcu dochodzimy. Szczera radość, pamiątkowe zdjęcia w lodowych maskach…
Dziś moc była z nami, choć chwilami niewiele brakowało.
A w namiocie – mokre, zamrożone śpiwory, wszechobecna wilgoć. Syf.

10.02 Dzień luźniejszy, jesteśmy trochę zmęczeni. Idziemy krótko, jakieś 4-5 kilometrów. Zimno (ok. -30) i mokro. Odmrażam opuszkę prawego kciuka. Beznadzieja. Wiązania się sypią, zaczyna brakować części, słychać pierwsze przebąkiwania o skróceniu trasy. Mam dość.

11.02 Przy śniadaniu dyskusja, po której postanawiamy wracać tą samą drogą, którą przyszliśmy. Nastroje kiepskie. Piotr K. narzeka na nogę, Misio chyba też coś sobie odmraża, a palce u rąk ma już nieźle skasowane.
Ruszamy jednak wesoło, jest -30, troszkę wieje. W miłej, zacisznej dolince robi się -32. Krajobraz jak z innej planety: mgły, tajemnicze kształty gór, łagodnie zarysowane, w pastelowych barwach. I wszędzie śnieg, śnieg, śnieg… Pięknie tu.

12.02 W nocy temperatura spadła do minus 40 stopni! Widać było słabiutką, zieloną zorzę polarną.
Dzień mroźny, pogoda piękna. Idzie się lekko, przyjemnie, dużo gawędzimy z Marzenką. Wieczorem znajdujemy nasz murek z 5.02, zatrzymujemy się więc, bo Rafał ma urodziny i szykuje się niezła wyżerka. I faktycznie: czekolada, torcik wedlowski, brzoskwinie z puszki.

13.02 W nocy termometr wyszedł poza skalę – tak na oko do jakichś -42. Ja chromolę…
Opuszczamy góry, które – trzeba przyznać – dały nam w kość.
W dzień od -30 do -35, znów ładnie. Niestety około 14:00 zaczyna wiać. Nie jest to silny wiatr, ale za to z północy, więc potwornie zimny. Trzy razy psują mi się wiązania, ręce zaczynają odmawiać posłuszeństwa. Wreszcie stajemy.
Znów nachodzą mnie myśli o sensie tego, co robimy: płacimy konkretne pieniądze za to, żeby pozbawionymi czucia dłońmi (kwadrans zabijałem ręce, żeby poczuć palce), przy trzydziestu stopniach mrozu i silnym północnym wietrze budować murek ze śnieżnych cegieł, który ułatwi nam przetrwanie kolejnej nocy.
Jeszcze 25 kilometrów.
Prawdziwe niedźwiedzie mięso, jak by powiedział London.

14.02 Wiatr się wzmógł, ale i zmienił kierunek, bo teraz wieje z południowego zachodu. Poza tym jest wyraźnie cieplej, jakieś -18. Zadymka wściekła.
Wychodzimy. Trzeba się spieszyć – Misia ręce, a zwłaszcza Piotra noga chyba domagają się lekarza; wygląda to bardzo kiepsko.
Niewiele przeszliśmy, gdy nagle okazuje się, że nie ma już z nami Maćka i Żeni. Purga nie żartuje. Zaczynamy ich szukać, ale ślady już są zawiane. Ręce prawie odpadają mi z zimna, ale suchych rękawiczek dawno już nie miałem. W końcu zapada jedyna możliwa decyzja: stawiamy namiot i murek.
Tu może krótka ilustracja warunków w purdze. Paweł wycina cegły, jest jakieś 8, może 10 metrów od murku. Odchodzi się odlać, po czym wraca i pyta „Ciechu, gdzie ja wycinałem te cegły? Możesz mnie zaprowadzić?” Fakt, niewiele widać. Przez ten czas zdążyło zasypać naszą tytanową piłę. Cóż…
Wieje nieludzko, w dodatku mamy tylko jedną powłokę namiotu, wewnętrzną, bo drugą nosi Żenia. Z jedzeniem też będą problemy: Maciek i Żenia mają żarcie swoje oraz partnerów z pary, czyli Misia i Sławy. No, zobaczymy. Sława chce ich jutro szukać.
Zgubiłem łyżkę.

15.02 Cały dzień siedzimy. Piździ nieziemsko. Tylko Sława wychodzi ich szukać – ale nic z tego. Zaczyna się rzeźbienie z żarciem: liczymy, rozcieńczamy zguszczonkę. Nudzimy się, gramy, śpiewamy, jemy cienki obiad (moim zdaniem zbędny po dniu bezruchu).
Zaginionych nie ma.

16.02 Nieźle przysypało namiot. Budzimy się o trzeciej rano, zbieramy po ciemku. Próby odwalenia śniegu od środka kończą się dziurą w ścianie. Bojowe nastroje, pełna determinacja. A purga szaleje.
Idziemy makabrycznie powoli. Wiązania siadają raz za razem. Wieje nam w pysk, nie wprost, tak pod kątem 30 stopni. Jest ciepło, rzędu -10.
Nie idzie mi się najlepiej, zaczynam się odwadniać. Trzeci dzień bez normalnych, niewysokokalorycznych płynów. Żrę śnieg z czekoladą.
W osiem godzin robimy tylko osiem(!) kilometrów. Koszmar. Troje zniechęconych idzie bez nart; narciarzy wiatr spycha po pochyłości w tył. Co chwilę przystajemy, żeby się nie pogubić. Piotrek K. wnerwia wszystkich równo: zamiast wziąć narty w garść, wciąż kombinuje z wiązaniami, a reszta stoi i czeka.
Wreszcie się ściemnia. Postawienie namiotu i metrowej wysokości murku kosztuje nas wiele bólu – zwłaszcza że śnieg jest ziarnisty, beznadziejny.
Robimy dużo picia – quick i rozcieńczony, niegotowany kisiel. Przysypiając nad dopalanym benzyną epigazem do pierwszej w nocy jemy i pijemy, uszczelniamy dziurę w namiocie, robimy mnóstwo innych rzeczy. Piotrek J. próbuje dyrygować naszymi poczynaniami, ale jesteśmy oporni. Zimno.
Przemarznięty wpełzam do lodowatego, mokrego śpiwora, założywszy uprzednio względnie suche skarpety i owinąwszy stopy swetrem. Mam nadzieję, że to ostatnia noc.

17.02 Zawór bezpieczeństwa zrywa mnie ze snu krótko po piątej. Wychodzę – a tu cisza, widoczność na kilkaset metrów, niebo lekko tylko zachmurzone. Nie wieje!!! Wracam do namiotu, ale oprócz Piotrka K. wszyscy śpią, więc na razie jeszcze się kładę.
Około szóstej entuzjastyczna pobudka – choć nie pomnę w czyim wykonaniu. Sława wychodzi przed namiot; widać ponoć komin kopalni w Chalmier-Ju. Chyba dziś wreszcie dojdziemy, mamy maksimum 15 kilometrów.
Ostatnie naprawy nart, w miarę szybkie wyjście, 18, może 20 stopni mrozu. Piękny widok Uralu Polarnego za plecami, pogoda obłędna. Sielankę zakłócają dwa problemy: co z Maćkiem (i Żenią), i co z odmrożeniami Piotrka i Misia.
Suniemy żwawo, na południowym horyzoncie dwa razy dostrzegamy pojedyncze sylwetki – ale za daleko, żeby je rozpoznać.
Właściwie bez dodatkowych wrażeń, z żalem, sprawnymi wiązaniami (w miarę, bo na przykład Rafał idzie pieszo) i w dobrych humorach około czwartej po południu docieramy do kopalni. Żenię spotykamy po drodze, Maciek idzie gdzieś za nim. Wszystko więc dobrze się kończy.
No nie, nie wszystko. Są odmrożenia, i to konkretne.
Wychodzimy z Pawłem i Misiem Maćkowi na spotkanie. Chętnie zjada trochę daktyli, trochę opowiada. Nocowali w jamkach, nie jedli i dziś bardzo szybko zapieprzali.
Wszyscy w komplecie. Misio z Piotrkiem wracają od lekarza – ten drugi z 3 i 4 stopniem odmrożenia lewej stopy. Z Misiem jest trochę lepiej.
Warto dodać, że gdy my dochodzimy do kopalni, to z Workuty właśnie odjeżdża nasz pociąg do Moskwy. Ale nawet gdybyśmy się nie spóźnili, to tory są zasypane i od trzech dni nie jeździ już pociąg z Chalmier-Ju do Workuty. Jutro rano zresztą też nie pójdzie.
Nocujemy w małym, czteropokojowym hoteliku. W kopalni udostępnią nam prysznic. Nareszcie!
Idziemy jeszcze zjeść co nieco do „Stołowoj” – jakiś sznycel z makaronem, około 60 rubli za porcję. Najedzeni ruszamy do łaźni.
Jakaś pani prowadzi nas przez ciemną klatkę schodową, pokazuje gdzie ręczniki, gdzie mydło… Totalnie rozleniwieni ciepłem i gwałtownym spadkiem napięcia powoli się rozbieramy, gawędzimy; z rozkoszą zrzucam polartec i morką, śmierdzącą kurtkę. Prysznic ma dwie sąsiadujące ze sobą kabiny. Idę pierwszy z Piotrkiem K. Czasu mamy mnóstwo – jest koło dziewiątej, nowa zmiana (górników) przychodzi o północy. Pani przynosi nam herbatę… Miło jest.
Do czasu. Przed wejściem pod prysznic Piotr zdejmuje opatrunki: prawa stopa jest do przyjęcia, ale lewa… O żesz kurwa! Dwa pierwsze palce sinoczarne, spuchnięte, w niczym nie przypominają fragmentów żywego ciała – wyglądają raczej jak plastikowe atrapy z kiepskiego horroru o zombich. Załatwił się chłopak, nie ma co…
Prysznic… Długo by pisać, co to za ulga. Zmywam z siebie dwutygodniową warstwę brudu i tłuszczu, w tym sporo linomagu z twarzy. Odprężony wychodzę, nie chce mi się ubierać. Żenia też ma skasowane ręce i nogi. Misia stopa wygląda kiepściutko – była nawet mowa o tym, żeby jego i Piotra przerzucić do Workuty śmigłowcem, ale na razie śmigłowiec jest niedostępny. Idę jeszcze z Piotrem do lekarza na zmianę opatrunku (chodzi w moich skorupach, bez botków) – i myk do hotelu. Nocujemy w pokoju w piątkę: stara załoga SKG. Pani Marzenka cierpi: cały czas pojada (tak jak my), nie bardzo wie dlaczego (tak jak i my) – tyle że ją to niepokoi. Drugi poważny problem to wesołe stadka karaluchów, które są dosłownie wszędzie.
Powoli suszymy rzeczy. Dostaliśmy nawet (ze względu na Marzenkę) elektryczny grzejnik.
Dziś w nocy najładniejsza zorza na całym wyjeździe: zielone pionowe smugi przez pół nieba. Warto było to zobaczyć.

18.02 Noc w wygodnym łóżku. Rozkładamy rzeczy do suszenia, idziemy do „Stołowoj” i sklepu na cienkie śniadanie i zakupy.
Dochodzą nas sprzeczne informacje na temat pociągu: będzie koło 16:00, nie będzie wcale, nie wiadomo. Oglądamy Chalmier-Ju. Jest to fragment nierzeczywistego świata, gdzie zima wciąż oznacza tęgie mrozy i zaspy sięgające dachów drewnianych domków. To o Chalmier-Ju mógłby pisać Kapuściński, że do domów wchodzi się po wyrąbanych w śniegu stopniach z góry na dół. Śnieżne nawisy i grube kobierce przesłaniają prawie całkowicie okna powyżej poziomu zasp. W ten sposób miasteczko ulega dodatkowemu odrealnieniu – bo w lecie jest to pewnie typowa wioska drewnianych domów i żwirowych dróg, jak Ałła albo Kozyriewsk. Blade, zimne słońce na zachmurzonym niebie oświetla ten bajkowy krajobraz.
Po 13:30 nagle elektryzuje wszystkich przekazana telefonicznie wiadomość: za godzinę pociąg! Gazem się zbieramy, ledwo mając czas na oddzielenie suchych betów od mokrych. Lecimy na przystanek autobusowy pod kopalnią. Po chwili zajeżdża autobus, a po dalszych pięciu minutach dojeżdżamy do torów. Pociąg stoi, więc biegiem się ładujemy. Dostali ponoć informację meteo o nadchodzącej kolejnej fali purgi, więc znów może nastąpić trzydniowa przerwa. Ten pociąg już do Chalmier-Ju nie wraca.
Krajobrazy za oknem nudnawe, podziw budzą tylko zaspy wysokości wagonu.
Workuta. Dzielimy się: Piotrek K. z Misiem (i Maćkiem) – do szpitala, reszta pilnuje worów. Na dwie zmiany idziemy w miasto – ja z Piotrkiem J. do księgarni. Kupuję „Los doce meses” i słownik za 60 rubli. Ekspedientki są bardzo miłe, choć jest już po zamknięciu. Piotrek szaleje, więc kupujemy stos książek za łącznie 170 rubli. Piękny kraj!
Tuż po naszym powrocie wracają ci ze szpitala – ale nie wszyscy: Piotrek zostaje (nie wiadomo, jak długo), Misio woli jak najszybciej wracać do domu, choć sytuacja jest poważna. Mamy bumagę, że trzeba go jak najszybciej odstawić do kraju. Spróbujemy coś z nią zawalczyć na dworcu.
Dokonujemy przerzutu, Sława próbuje załatwić chociaż ze dwa bilety do Moskwy. Z Misiem pojedzie Marzenka, która spieszy się do pracy.
W końcu Sława dogaduje się z prowadnikiem jednego z wagonów: weźmie dwoje za 4-5 tysięcy od łebka. Sporo, w dodatku mają tylko jedno miejsce. My kiblujemy na dworcu: w lokalu przechowalni zwalamy bety, rozkładamy karimatki. O ósmej rano otwierają kasy, więc ze dwie godziny wcześniej staniemy w kolejce.
Drzemkę i pisanie dzienniczka (uzupełniam notatki) przerywają nam jacyś dwaj faceci, którzy z kilku różnych skrytek wydobywają zapasy jedzenia, wino, chyba jeden magnetowid. Niezła porę sobie znaleźli na przerzut.
Po dworcu kręcą się tabuny milicjantów i tajniaków, którzy wydają się cholernie przejmować tym, żeby nic nam nie zginęło. Są bardzo życzliwi. Jakaś miła pani udostępnia nam nawet kibelek za drzwiami z napisem „Naczalnik wokzała”.

19.02 Przy zakupie biletów połowiczny sukces: mamy dwa miejsca w plackarcie i pięć w obszczim. Pociąg „passażirskij” jedzie do Moskwy 46 godzin. Warto przyjść sporo przed odjazdem i zająć miejsca, zwłaszcza górne półki w obszczim do spania, bo miejsc może być mniej niż sprzedanych na nie biletów.
Zaczynamy od wizyty w szpitalu – chcemy odwiedzić Piotrka oraz pochwalić się lekarzom swoimi drobniejszymi odmrożeniami. Do szpitala jedziemy autobusem nr 11; w ogóle 10 i 11 są w Workucie równie uniwersalne, jak trolejbus nr 5 w Wilnie.
W szpitalu śmierdzi chlorem, ale jest względnie czysto, a i obsługa miła.
Rafał, Piotrek i Maciek poddani oględzinom ujawniają odmrożenia 1 i 2 stopnia, dostają opatrunki i zwolnienia z zajęć. Atrakcyjnie prezentuje się zwłaszcza nos Rafała.
Piotrek K. – o dziwo – wygląda na względnie zadowolonego z pobytu w szpitalu, tylko jadłby więcej.
Idziemy w miasto. Obiadek w hotelu „Workuta”, zakupy (płyty), telegram do domu (200 rubli); trochę chleba, zguszczonka (200 rb), mleko (50 rb), kefir owocowy (80 rb), kiełbasa i masło prawie po 1000 rb za kilogram.
Wracamy na dworzec. Miejsca zajmujemy bez problemu. Mało kto jeździ obszczim na dłuższych trasach, więc rotacja pasażerów spora. Jak na plackartę jest całkiem chłodno, w dodatku mamy bardzo miłego prowadnika – otwiera kibelki na żądanie, załatwia wrzątek…
Wracając do Workuty – wiosną i latem miasto musi być obleśne, teraz śnieg działa wyraźnie na plus. Zabudowa głównie radziecka, na przedmieściach bloki, ale trafiają się też rejony ładnych drewnianych domków. Śniegu dużo, z ulic się go do końca nie usuwa, kierowcy jeżdżą szybko. Wcale mi się tam nie podobało.

20.02 Dzień w pociągu. Na zmianę jemy i śpimy. Za oknem zimowe krajobrazy – lasy, pola, miasta, wsie. Obiadek w restauracyjnym (500 rb), obleśnym jak nigdy, obsługiwanym przez jakichś żuli. Nudnawo.

21.02 Trochę jemy, trochę leżymy. W Moskwie będziemy po 15:00. Ciekawe czy zdążymy do McDonald’sa.
Zdążymy. Pożyczamy od Sławy 30$ specjalnie na tę okazję. Metro kosztuje 6 rubli (przed wyjazdem w góry było po 3). Przed wejściem kupujemy banany z nową naklejką: „Fyffes”; w Polsce zastój, a tu proszę: jeden wyjazd, dwie naklejki („Chiquita Colombia” zdjąłem z lustra w hotelu w Chalmier-Ju). Wymieniamy dolary po 600 rb. W McDonald’sie ceny straszne: BigMac 650 (od lata zdrożał pięciokrotnie w rublach, a dwukrotnie w dolarach), ciastko 430, Cola 230, hamburgery i cheeseburgery ok. 330, podwójny cheeseburger 540, frytki 220.
Jemy, aż kończą się nam pieniądze (było po 3000 rb na łebka) i powoli, piechotą, wracamy pod pomnik Majakowskiego, gdzie dopiero wsiadamy do metra.
Miejsca znów mamy w obszczim, więc trzeba będzie zachować czujność.
Z Rafałem odwozimy naszych przewodników na Dworzec Kijowski i wracamy do siebie.
Zachowaliśmy czujność i w nagrodę zajmujemy sobie pięć miejsc leżących. Trzeba będzie tylko uważać, żeby nic nie zginęło – w poprzednim pociągu Pawłowi ukradli kurtkę.

22.02 Znów nudy. Śpimy i jemy.
Za to w Brześciu błyskawiczna akcja. Kiedy przyjeżdżamy, trwa odprawa na pociąg o 16:20. Mamy niecałą godzinę, ale do odprawy wchodzimy bez kolejki, bo stojący w przedsionku ludzie nie mają biletów na teraz, tylko na jakiś późniejszy pociąg.
Celnicy robią problemy, bo nie mamy deklaracji wypisanych przy wjeździe. Podejrzliwie oglądają mojego nikona, bawią się teleobiektywem. Zaświadczenia o odmrożeniach chyba ułatwiają nieco sprawę (choć padają pytania, czy „tam, wnizu, wsio w poriadkie?”). Zdążamy na pociąg, choć niełatwo przekonać wagonową, żeby nas wpuściła. Maćka trochę ponoszą nerwy.
Jedziemy. Pociąg dziwny: zaraz za granicą wszyscy wysiadają i zostajemy w wagonie sami. Wykupujemy bilety do Warszawy i w sennej atmosferze upływa nam reszta podróży.
–––––––––
Misio wydobrzał, choć nieprędko. Byliśmy z Maćkiem z nim w Szpitalu Czerniakowskim, gdzie powiedziano mu, że wszystko się zagoi.
–––––––––
Stopy bolały mnie jeszcze z dziesięć dni („zespół zmęczenia obu stóp po pobycie w tundrze”, jak na zaświadczeniu napisał Pawłowi lekarz).
–––––––––
Piotrkowi K. amputowali kawałek palca, wrócił do kraju po dwóch tygodniach.
–––––––––
Kiedy w październiku wróciłem z Anglii, dowiedziałem się od Rafała, że w lipcu Sława zginął w lawinie w Tien-Szanie. Potworny szok.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 License